{ksywa}.blog

Wpisy z tagiem: victor-mclaglen

Nosiła żółtą wstążkę

8 lutego 2012 o 11:07 :: komentarze

            Ważne w skutkach dla USA konflikty indiańskie miały miejsce na przestrzeni dwudziestolecia miedzy 1854r. a 1876r.  Sprawcami poważnego zamieszania były plemiona Dakotów, Czejenów i Arapachów, jednoczących się w walce z zajmującymi ich ziemie amerykańskimi kolonizatorami.  Do pierwszych potyczek doszło w Wyoming w latach 1854-55, w okolicy fortu Laramie.  Kolejna ważna data to 1866-68r. czyli przegrana przez USA wojna z oddziałami wielkiego wodza -  Czerwonej Chmury.  W ramach ciekawostki dodam, że Czerwona Chmura jest jednym z nielicznych wodzów, któremu udało się wygrać nie tylko bitwę, ale całą wojnę z Amerykanami (nie przegrał żadnej bitwy i odszedł jako największy indiański „mąż stanu”).  Na mocy amerykańskiej kapitulacji plemiona Indian dostały w dożywotne posiadanie Góry Czarne.  Jednak w latach siedemdziesiątych czyli niecałą dekadę po przegranej wojnie, na terenie Gór Czarnych odkryto kolejne żyły złota.  W święte miejsca Dakotów znów zaczęli przybywać biali osadnicy i wojsko.  Doszło do konfrontacji ze sprzymierzonymi plemionami pod wodzą Siedzącego Byka i Szalonego Konia, zakończonej wielką masakrą wojsk amerykańskich dowodzonych przez ppłk. George’a Custera nad rzeką Little Bighorn, 25 czerwca (moje urodziny J) 1876r.  I właśnie te wydarzenia są podłożem historycznym w filmie Johna Forda „Nosiła żółtą wstążkę” („She Wore a Yellow Ribbon”).
            O ile „Fort Apache”, który omawiałem wcześniej to dobry Western, godny polecenia każdemu fanowi gatunku, o tyle następna pozycja Forda zaliczana do „Trylogii Kawaleryjskiej” czyli „Nosiła żółtą wstążkę” to już jeden z najlepszych, moim skromnym zdaniem, Westernów lat czterdziestych i pozycja godna polecenia każdemu.  Ford zrealizował go rok po „Forcie Apache” czyli w 1949r. i jest to jedyny kolorowy film spośród Trylogii.  Dlaczego godny polecenia każdemu?  Z wielu powodów.  Po pierwsze, bo to film łączący w sobie kilka gatunków: Western, film historyczno-wojskowy i melodramat.  Po drugie, bo piękne zdjęcia w połączeniu z nowatorską, kolorową technologią dają naprawdę świetny efekt.  Po trzecie, bo fabule towarzyszą przyjemne dla ucha piosenki, związane z amerykańska tradycją.  A po czwarte, bo kilkoro aktorów zagrało po prostu wybornie.
            Film opowiada historię zbliżającego się do wojskowej emerytury kapitana Nathana Brittlesa (bardzo dobry John Wayne).  Jest on sześćdziesięcioletnim wdowcem i człowiekiem, który po śmierci żony całkowicie oddał się życiu kawalerzysty.  Nic dziwnego więc, że zbliżający się koniec służby jest dla niego powodem dużego przygnębienia i wielu rozmyślań.  Jednak spokojne oczekiwanie na koniec kariery przerywają dwie niespodziewane wiadomość.  Jedna o napadzie Czejenów na dyliżans, druga zaś o masakrze wojsk amerykańskich, w której zginęło wielu jego przyjaciół.  Kapitana Brittlesa, przed odejściem ze służby, czeka więc ostatnia misja, która zbiega się w czasie z wielkim powstaniem indiańskim.
            Kilka słów o najjaśniejszych gwiazdach tego spektaklu.  Po pierwsze tytułowa „nosząca” czyli Joanne Dru.  Jest to najlepiej zagrana rola filmu i w ogóle wielka rola panny Dru (u mnie w zestawieniu Top10 znajdziecie ją na czwartym miejscu).  Jej postać to Olivia Dandridge – córka majora Allsharda, dowódcy garnizonu, ponętna i energiczna dziewczyna, którą interesuje się dwóch młodych poruczników: Flint Cohill (John Agar) i Ross Pennell (Harry Carey Jr.).  Można powiedzieć, że rywalizują o jej względy.  I choć dziewczyna kocha tego pierwszego, zwodzi go, kokietując jego głównego rywala, a zarazem przyjaciela.  Może tego dobrze nie widać, ale Olivia czuje też coś do Kapitana Brittlesa, nie jest to raczej miłość, ale pewnego rodzaju fascynacja i pożądanie; zdaje sobie jednak sprawę, że to musi zostać na etapie platonicznym.  Gdy dowiaduje się, że oddział ma ją eskortować, zakłada żółtą wstążkę, co jest symbolem miłości do kawalerzysty – nie mówi jednak wprost, do którego.  Muszę przyznać, że Dru rozłożyła mnie tą rolą – jest absorbująca i niezwykle wiarygodna (przypomina mi jedną znajomą z przeszłości ;)).
            Po drugie sierżant Tyree J.  Od tego momentu Ben Johnson będzie kojarzony z konfederackim pierwiastkiem w dumnej kawalerii „made by” John Ford.  Jego bohater to postać drugoplanowa, ale wybijająca się przed szereg dzięki błyskotliwej zaradności i świetnym dialogom:  „Matka nie wychowała mnie po to bym bawił się w zgadywanki z jankeskim oficerem”.  „Nie gram w karty i nie żuję tytoniu”.  „To nie moja domena”.  No tak, bo domeną sierżanta Tyree są wszelkie kwestie związane z obyczajowością i manewrami Indian, o których wie więcej niż ktokolwiek na Dzikim Zachodzie J.  Jego postać inspirowała wielu, między innymi Sama Peckinpaha, który swój własny pierwiastek konfederacki w „Majorze Dundee” nazwał też Tyree i zrobił go wręcz kapitanem.  Choć Johnson zagrał wcześniej w kilku Westernach, można swobodnie powiedzieć, że tą rolą rozpoczął swoją wielką i długą karierę westernową; ba, w ogóle filmową, bo przecież w latach siedemdziesiątych dostał Oscara za „Ostatni seans filmowy”.
            Film jest skonstruowany podobnie jak „How the West was won”.  Tzn. nie chodzi o segmentowość, ale o pewnego rodzaju narrację, nadającą obrazowi charakter epopei narodu amerykańskiego, który w swej wędrówce na zachód, na terenach Wielkich Równin rozciągających się od Kanady aż po Teksas, napotkał godnego siebie przeciwnika, czyli Indian.  Tak więc przygody niewielkiego oddziału dowodzonego przez Kapitana Brittlesa, rozgrywają się w tle wielkich wydarzeń z historii Dzikiego Zachodu i w ogóle Ameryki.  Jest to duży plus filmu.  To wyjaśnia też dlaczego w Stanach John Ford uważany jest za tak ważnego twórcę.  Jego filmy są po prostu niebanalne.  My też mamy „swojego Forda” – Aleksandra, który zekranizował „Krzyżaków” J.  No ok., porównanie może nie jest najlepsze, ale chodzi o wagę historyczno-patriotyczną obu filmów.
            Podobnie jak w przypadku „Fortu Apache” oraz „Rio Grandę” mamy tu do czynienia z grupą charakterystycznych dla „kawaleryjskich filmów” aktorów.  Najlepsze role obok Wayna i dwójki wyróżnionych wyżej to Victor McLaglen grający pociesznego nie stroniącego od whisky sierżanta Quincanona, druha i rówieśnika kapitana Brittlesa.  John Agar ponownie gra rolę młodego oficera-amanta i znów wywiązuje się z zadania dobrze.  Także Carey Jr. Zwraca na siebie uwagę i rozpoczyna tym filmem serię kilku kolejnych obrazów J. Forda.
O tym filmie mógłbym pisać naprawdę długo, ale zakończę notkę dodając, że na wyróżnienie zasługują tutaj przede wszystkim zdjęcia, za które film dostał Oscara.  Nie dziwię się, bo niektóre plenery i ujęcia są po prostu magiczne.  Dołożę jeszcze muzykę autorstwa Richarda Hagemana ze świetną piosenką tytułową „She Wore a Yellow Ribbon”.  Z rzeczy, za które należałoby Forda skarcić, to przede wszystkim Indianie, którzy tutaj już wyglądają gorzej niż w „Forcie Apache”.  No i patos, którego u Forda zawsze multum, ale w tym filmie co trzecia scena to ukazywanie honoru i blichtru amerykańskiego wojska.  Jedni to lubią, inni nie.  Ja film GORĄCO POLECAM.



Klasyczne Westerny
, , , , , , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS