{ksywa}.blog

Wpisy z tagiem: trylogia-kawaleryjska-john-ford

Fort Apache

26 stycznia 2012 o 18:55 :: komentarze

      Stany Zjednoczone Ameryki to kraj wywalczony.  Najpierw, za czasów kolonialnych, Anglicy walczyli z Hiszpanami, Francuzami i Holendrami o faktorie, porty i tereny na północnych wybrzeżach Zatoki Meksykańskiej, Morzu Karaibskim oraz wschodnich wybrzeżach Ameryki Północnej.  Potem angielscy mieszkańcy pierwszych kolonii toczyli boje z Francją o ziemie na północy i zachodzie, a także z Hiszpanią o Florydę.  Dzięki tym walkom utworzyła się świadomość narodowa i odrębność terytorialna od Korony Angielskiej, której trzynaście pierwszych kolonii wypowiedziało posłuszeństwo uzyskując niepodległość w 1783r.  Młoda demokracja ekspandowała i zajmowała nowe terytoria, tocząc walki z Meksykiem o Teksas i Kalifornię oraz z Indianami o środkowe i południowo-zachodnie stany.  W tamtych czasach każdy mężczyzna był praktycznie żołnierzem, posiadał broń i potrafił walczyć, a głównym kierunkiem kształcenia się amerykańskiego establishmentu były szkoły oficerskie i akademie wojskowe.  W tych właśnie okolicznościach Ameryka wkroczyła w epokę Dzikiego Zachodu i dokładnie w taki sposób postrzegał ją John Ford.  Militaryzacja westernowego uniwersum u Forda nadała jego filmom bardzo wiarygodny kształt, a także heroiczno-romantyczny klimat.  Kwintesencją tego typu filmografii jest Trylogia Kawaleryjska, a zachowując chronologię, omawianie jej zacznę od filmu „Fort Apache”.

      „Fort Apache” (lub jak kto woli „Masakra Fortu Apache”) to film wyreżyserowany przez Johna Forda w 1948r.  Podobnie jak cała Trylogia Kawaleryjska (a także wiele innych filmów Forda) opowiada dzieje amerykańskich oddziałów kawalerii, które, po zakończeniu Wojny Secesyjnej, kierowano do walki z wojowniczymi plemionami Indian głównie na tereny Wielkich Równin rozciągających się od Kanady aż po graniczące z Meksykiem stany Teksas, Nowy Meksyk i Arizona.  W filmie „Fort Apache” wątkiem przewodnim jest konflikt przebywających w rezerwacie Apaczów z przedstawicielem administracji USA oraz ich wyjście na wojenną ścieżkę pod dowództwem znanych z historii wodzów: Cochise i Geronimo.

      Film jest godny polecenia przede wszystkim z dwóch powodów.  Pierwszy to kwestia Indian, których wizerunek jest nadzwyczaj ciepły jak na filmy Forda i w ogóle jak na filmy z tamtej epoki.  To chyba pierwszy w historii Western, w którym Indianie oraz pragnący z nimi pokoju oficer są przedstawieni jako aż tak pozytywna strona rozgrywki. Notorycznie oszukiwani przez łamiących obietnice urzędników i okradani z przysługujących im przydziałów wołowiny czy tkanin, najzwyczajniej w świecie buntują się i dochodzą swoich praw poprzez walkę.  Drugi powód to prześwietna gra Henry Fondy, który jak dla mnie „skradł tutaj show” (spodobało mi się to stwierdzenie:)), a grany przez niego pułkownik Owen Thursday to jedna z moich ulubionych ról Fondy (Pan Henry ogólnie podoba mi się najbardziej jako negatywny bohater).  Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze kilka innych powodów, jak choćby piękne zdjęcia czy plejada charakterystycznych aktorów, których możemy oglądać w większości Westernów Forda, a którzy stworzyli swojego rodzaju zgraną filmową paczkę.  Mam na myśli przede wszystkim postacie starszego sierżanta O’Rourka (Ward Bond), sierżanta Mulcahy (Victor McLaglen), kpt. Yorka (John Wayne) czy strażnika (Hank Worden).  Najbardziej mi tu zawsze brakowało „kawalerzystów” Johnsona i Careya Jr., którzy tak koncertowo zdominowali „Rio Grande” i „Drogę do San Juan”, a w pewnym stopniu też „Żółtą wstążkę” ;).

      Trochę o głównych bohaterach.  Kapitan Kirby York (John Wayne) – mający duże doświadczenie w walce i kontaktach z Indianami – rozumie ich roszczenia i dąży do pokojowego rozwiązania konfliktu.  Podczas Wojny Domowej dowodził pułkiem wojsk Unii, ale po wojnie został zdegradowany do rangi kapitana.  Po kilku latach walk na pograniczu ma nadzieję objąć dowództwo w odległej placówce o nazwie Fort Apache.  Ku jego niezadowoleniu, generalicja oddaje stacjonujące tam oddziały pod komendę pułkownika Owena Thursdaya, który przybywa do odległej placówki z córką Philadelfią (Shirley Temple).  Thursday to rozgoryczony wdowiec.  Podczas wojny był generałem, lecz został zdegradowany do rangi pułkownika i zesłany do Fortu Apache.  Chorobliwie ambitny oficer-służbista, wyszkolony w West Point i wzorujący się na wodzach pokroju Aleksandra Wielkiego czy Napoleona, liczy na zdobycie szybkiej sławy w walce z Indianami i powrót do oficerskiej śmietanki.  Mimo rad doświadczonego Yorka, bagatelizuje możliwości i zdolności Apaczów, a ich wielkiego wodza Cochise traktuje jak podrzędnego dzikusa.  Niepoprawna odwaga i ślepa chęć zdobycia sławy zamiast do chwały prowadzą go jednak do samozniszczenia, a jego wojska do klęski.

      Oglądając ten film można dostrzec dwa rodzaje pojedynku osobowości.  Jeden to bezpośredni pojedynek racji i zdolności między Kapitanem Kirby Yorkiem (John Wayne), a Pułkownikiem Owenem Thursdayem (Henry Fonda).  W tym pojedynku zwycięzcą jest York, bo udaje mu się przeżyć, a odziały stacjonujące w Fort Apache ostatecznie przechodzą pod jego komendę.  Drugi pojedynek, to korespondencyjny spór między Johnem Waynem, a Henrym Fondą o miano pierwszoplanowego aktora rozgrywającego się dramatu.  Tutaj zwycięzcą jest (w moim mniemaniu) Fonda, bo jego bohater jest niesamowicie wymowny i przekonujący.  To prawdziwy parszywiec, który na każdym kroku pokazuje swą wyższość.  Jest kilka scen, w których wybornie demonstruje najgorsze cechy.  Na przykład wtargnięcie do domu O’Rourków po to by zabrać córkę i dać wykład rodzinie na temat różnic klasowo-obyczajowych dzielących wysokich oficerów i niskich.  A przecież młody Michael (John Agar) jest drugim porucznikiem i podobnie jak on wychowankiem West Point.  Gdy w jednej z ostatnich scen York rzuca Thursdayowi rękawicę, ten lekceważąco stwierdza, że nie pochwala pojedynków i zastanowi się, czy po powrocie walczyć czy oddać go pod sąd wojenny.  Jedyną słuszną decyzją Thursdaya jest oddelegowanie podczas finałowej bitwy Kirbyego wraz z młodym Michaelem na tyły.  To taki wyjątek potwierdzający regułę, przejaw mądrości, próbującej się przebić przez skorupę złych cech – w końcu chroni jedynego oficera zdolnego pokonać Apaczów czyli Yorka, a także chłopaka, w którym zakochała się jego córka czyli O’Rourka.

      Żeby nie było, że jestem nieobiektywny i ciągle tylko wychwalam Forda, dodam iż film jest mocno patetyczny i trąca tanią propagandą, gloryfikując mit amerykańskiej kawalerii.  Bynajmniej nie jest to wina reżysera, a raczej czasów, w których obraz został zrealizowany i sytuacji społeczno-politycznej.  To ukazywanie kawalerzystów jako jednej wielkiej szczęśliwej rodziny, żyjącej sobie beztrosko pośród malowniczych krajobrazów Monument Valley, toczących od czasu do czasu potyczki z Indianami przy akompaniamencie trąbki, śpiewających tradycyjne pieśni żołnierskie lub popijających whisky, dla wielu może być naiwne i niesmaczne, a nawet nudne, ale dla mnie w żadnym wypadku nie psuje ogólnej wartości filmowej.  Ba, robi wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju klimat.  Bo film fabularny to przede wszystkim gra aktorów, umiejętności i wyczucie reżysera, muzyka i piękne zdjęcia, a nie prawda historyczna czy realizm.  I to wszystko co wymieniłem niewątpliwie jest w „Trylogii Kawaleryjskiej”.  Osobom nie lubiącym starych czarno-białych filmów nie polecam „Fortu Apache”, ale dla każdego fana Westernu to pozycja obowiązkowa!  To kopalnia „westernowych diamentów”.  NAPRAWDĘ POLECAM!



Klasyczne Westerny
, , , , , , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS