{ksywa}.blog

Wpisy z tagiem: synowie-szeryfa

Synowie szeryfa

10 maja 2011 o 15:38 :: komentarze

               Ostatnio opisywałem film pod tytułem „Bandolero” Andrew V. Mclaglena.  Dziś, korzystając z okazji, że niedawno nabyłem inny film tego reżysera, a mianowicie „Synowie szeryfa” („Cahill, US Marshall”) napiszę kilka słów także i o tej pozycji.

               Film powstał w 1973r, a więc w późnym okresie przejściowym i jest jednym z nielicznych Westernów z lat 70’tych, zrobionym w typowo klasycznym stylu.  Klasyczne zacięcie filmu zawdzięczamy kilku czynnikom.  Po pierwsze obsadzie aktorskiej z Johnem Waynem i Georgem Kennedym na czele.  Wayne był w tym okresie już dosyć leciwym aktorem, ale grał wybornie, bardzo mocno wnikając w psychologię swoich postaci i jakby na nowo odkrywając w sobie potężne zasoby aktorskiego talentu.  Kennedy to z kolei aktor świetnie grający złe charaktery i jego rola nadała akcji sporą dawkę napięcia.  Po drugie reżyserowi, który był w końcu uczniem samego Johna Forda, a także synem współpracującego z nim Victora Mclaglena (Trylogia Kawaleryjska) tym samym przesiąkł do szpiku kości klimatem klasycznego Westernu co mocno widać w każdej jego produkcji.  No i w końcu muzyce autorstwa Elmera Bernsteina, którego myślę nikomu przedstawiać nie trzeba („Siedmiu wspaniałych”).

               Może zacznę od kwestii tytułu i związanej z nim ciekawostki.  Film przetłumaczono jako „Synowie szeryfa”, oryginalny tytuł to „Cahill, U. S. Marshall”.  Samo tłumaczenie – choć nie nawiązujące do oryginału – nawet mi się podoba, jednak – ze względu na brak w Języku Polskim odpowiednika dla amerykańskiego ‘Marshall’ – jest trochę nieprecyzyjne i niewtajemniczonym może nieco zaburzyć prawdziwe znacznie zajęcia pana J.D. Cahilla.  Otóż główni bohaterowie byli synami szeryfa federalnego! (US Marshall) a nie zwykłego, miejscowego szeryfa (który notabene ginie na początku filmu).  Różnica między tymi funkcjami jest ogromna i warto o niej wspomnieć.  Warto w ogóle wspomnieć o systemie egzekwowania prawa na Dzikim Zachodzie.  Szeryf, to szef lokalnej policji wybierany na swój urząd w demokratycznych wyborach przez miejscową ludność danego hrabstwa (ewentualnie przez działającego w imieniu ludności burmistrza czy inny samorząd).  Takim szeryfem był na przykład Kane w „W samo południe” lub Chance w „Rio Bravo”.  Jego uprawnienia sięgały jedynie granic hrabstwa i kończyły się w momencie, gdy bandyta tę granicę przekroczył.  I wtedy właśnie wkraczał do akcji US Marshall, czyli szeryf federalny, działający bezpośrednio z ramienia rządu Stanów Zjednoczonych Ameryki, który miał prawo działać (w tym także wchodzić w kompetencje szeryfów miejscowych) na terenie całego okręgu sądowego, stanu, a nawet całej Federacji (choć głównie sprowadzało się to do stanów niedawno skolonizowanych czyli ‘Dzikiego Zachodu’).  To taki odpowiednik dzisiejszego agenta specjalnego FBI.  Podobną funkcję pełnił na przykład Ruster Cogburn w filmie „Prawdziwe męstwo” i polegała ona głównie na doprowadzaniu przed oblicze sądu ściganych listem gończym bandytów.

Skoro jesteśmy przy stróżach prawa, to wspomnę jeszcze o innych jego wymiarach.  Zapewne każdy spotkał się z formacją o nazwie „Rangers”.  Powoływano ich na terenie niektórych ‘problematycznych’ stanów, gdzie potrzebna była większa siła ognia, jak np. w ogromnym Texasie (Texas Rangers) czy obfitującej w bandytów i Indian Arizonie (Arizona Rangers).  Były to paramilitarne oddziały stanowej policji, działające z ramienia gubernatora danego stanu, mające szersze możliwości i większą mobilność niż miejscowi szeryfowie i ich zastępcy.  Jednak były to oddziały reprezentujące jedynie prawo lokalne (stanowe, a nie federalne jak US Marshalls).

Często zdarzało się, że poszukiwany listem gończym bandyta był na tyle niebezpieczny i trudny do ujęcia, że wyznaczano za jego schwytanie dodatkową nagrodę pieniężną.  To przyczyniło się do rozpowszechnienia na Dzikim Zachodzie zajęcia określanego mianem łowcy głów (Bounty Hunter).  Czyli działających na własną rękę (nie z ramienia władzy) zawodowych tropicieli bandytów (jest to dosyć dobrze pokazane w filmie Sergio Leone „Za kilka dolarów więcej”).

               Tak więc w omawianym filmie jest groźny bandyta ze swoją szajką, jest również szeryf federalny, który będzie starał się go dopaść.  Nic bardziej klasycznego.  Jednak nie do końca…  Scenarzyści nieco skomplikowali fabułę i przekaz filmu obsadzając w głównych rolach dwóch chłopców: młodszego – Billy Joe i starszego – Danniela.  Chłopcy, mając za złe ojcu – szeryfowi federalnemu J. D. Cahillowi –  że nie ma go nigdy w domu. Podczas jednej z jego długotrwałych misji, postanawiają wziąć udział w napadzie na miejscowy bank.  Mimo świetnie zaplanowanego i wykonanego napadu z udziałem niejakiego Abe Frazera (wyborny George Kennedy) wszystko wymyka się spod kontroli.  Chłopcy popadają w naprawdę poważne tarapaty i tylko dzięki wyrzutom sumienia oraz wrodzonej czujność ojca udaje im się uniknąć tragedii.

               „Synowie szeryfa” to film, który ogląda się naprawdę dobrze i każdy znajdzie w nim coś dla siebie.  Jest tu z jednej strony sporo akcji i napięcia związanego z umiejętnie wplecioną w fabułę intrygą, a z drugiej wyraziste przesłanie o nieco moralizatorskim wydźwięku.  Dwójka tytułowych bohaterów, to jednocześnie symbol tego, co może przytrafić się, gdy młody człowiek dorasta bez odpowiednich wzorców i życiowych motywacji (jak bardzo jest to aktualne w dzisiejszych czasach).  Gra Johna Wayna jest na bardzo wysokim poziomie, można wręcz poczuć to zakłopotanie i niemoc ojca, który – choć jest budzącym postrach szeryfem – zaczyna dostrzegać, że wychowanie dwójki nastolatków, to kawał ciężkiej pracy.  Ciekawostką jest to, iż Wayne w życiu prywatnym był w identycznej sytuacji jak w filmie.  Był ikoną amerykańskiego kina, ale życie na planach filmowych nie ułatwiało mu wychowania ośmiorga dzieci.  Film jest więc niejako lustrzanym odbiciem jego własnych problemów z potomstwem.

               Dodatkowym atutem filmu jest niezła gra aktorska, zarówno w wykonaniu starych wyjadaczy jak George Kennedy czy Neville Brand (grający indiańskiego tropiciela o imieniu Lekka Stopa) jak i młodych aktorów Gary Grims’a (grający Danniela Cahilla) i Clay O’Brian (grający Billy Joe Cahilla).  Do tego wpadający w ucho muzyczny motyw przewodni autorstwa wspomnianego Elmera Bernsteina (w filmie jest też piosenka o tej samej melodii, ale nie znam tytułu) no i całkiem niezłe zdjęcia.  O Andrew V. Mclaglenie krąży opinia, że był to reżyser robiący filmy klasy B, ale takie pozycje jak „Chisum” czy właśnie „Synowie szeryfa” zupełnie temu zaprzeczają.  POLECAM!



Westerny Przejściowe
, , , , , , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS