{ksywa}.blog

Wpisy z tagiem: synowie-katie-elder

Synowie Katie Elder

31 sierpnia 2011 o 18:42 :: komentarze
            Lata sześćdziesiąte to okres, w którym powstało chyba najwięcej Westernów.  Okres dziwny, bo z jednej strony wytwórnie inwestowały w filmy o Dzikim Zachodzie ogromne pieniądze, a z drugiej dało się odczuć nadchodzący zmierzch gatunku, na co dowodem były coraz śmielsze obrazy twórców nowego pokolenia.  Reżyserską ikoną tamtego okresu był Henry Hathaway.  Potrafił nawiązać do najlepszych pozycji dekad wcześniejszych, jak i świetnie oddać realia Zachodu, z dużą dozą wiarygodności, płynności fabularnej i przyjemnej dla oka malowniczości.  Był to także okres, w którym John Wayne przeżywał renesans swojej kariery, a Hathaway czerpał garściami ze świetnej formy legendarnego aktora, angażując go do kilku filmów.  Dziełem, które dobrze oddaje ducha tamtych lat, jest film pt. „Synowie Katie Elder”.
            Film powstał w 1965r. czyli w okresie późnej klasyki, gdy pamięć widzów ciągle grzały wspomnienia największych arcydzieł gatunku z końca lat pięćdziesiątych.  I rzeczywiście, oglądając „Synów…” można odnieść wrażenie, że ogląda się film, w którym jest wszystko, co powinno się znaleźć w klasycznym filmie kowbojskim.  Są tu rewolwerowe pojedynki niczym z filmów Sturgesa.  Jest spęd bydła, jak w filmach Hawksa.  Akcja rozgrywa się w małym miasteczku, w którym pojawiają się szukający prawdy obcy, a wszyscy z dziwną gorliwością chcą się ich pozbyć – zupełnie jak w „Mścicielu z Laramie” Manna.  No i jest John Wayne, który w jednej scenie w saloonie, odwraca się złowieszczo z twarzą ukrytą w cieniu (zupełnie jak u Forda).  Zresztą Wayne po raz kolejny tworzy udaną parę z Deanem Martinem, no i grają bardzo podobnie jak w Rio Bravo.  To wszystko jest pewnym minusem, bo trudno nazwać film oryginalnym.  Ot, jeden z wielu podobnych Westernów, które każdy gdzieś tam, kiedyś widział.  Jednak więcej minusów nie ma, za to można wskazać wiele plusów, które dodają filmowi uroku.
            Przede wszystkim film jest naszpikowany dobrymi aktorami, których gra stoi na wysokim poziomie.  Począwszy od duetu Wayne – Martin, poprzez George’a Kennedy’ego (grającego czarny charakter – Curley’a) oraz Paula Fixa (tutaj w roli szeryfa Billi’ego Willsona), aż po Dennisa Hoppera (rewelacyjna rola drugoplanowa – Dave Hastings).  Kolejnym plusem jest świetna muzyka autorstwa samego Elmera Bernsteina, ze znanym motywem przewodnim.  Dalej, atmosfera filmu i postać Katie Elder, za którą scenarzystom należą się wielkie brawa.  Kunszt reżysera doprowadza widza do pewnego odczucia (a przynajmniej ja tak to przeżywam), że nieobecną w filmie panią Elder (znamy ją w końcu tylko ze słyszenia) poznajemy lepiej niż każdego innego bohatera.  Listy od Johna, bujany fotel, stare sukienki w szafie, pomysł z kupnem stada koni i ogólne przeświadczenie społeczne o tym, że była wspaniała.  To taka typowa kobieta Zachodu.  Kochająca swych synów i męża, która odważnie stawia czoła dzikiej krainie, gdzie przyszło jej żyć.  Zresztą wspomnienia owej niewiasty i jej słów, to kopalnia świetnych dialogów, które są kolejnym plusem filmu.  Na przykład:
-  ”Texas jest jak kobieta, piękna, dzika kobieta.  Twój syn dorasta, a Texas szepta mu do ucha: chodź, zabaw się ze mną”.
            Kluczową kwestią jest pogrzeb Katie Elder, odbywający się w miasteczku Clearwater w Texasie, na który przybywa czterech synów zmarłej: Tom (Dean Martin), Bud (Michael Anderson Jr.), Matt (Earl Holliman) i John (John Wayne).  W tym samym czasie w mieście pojawia się tajemniczy rewolwerowiec Curley (George Kennedy).  Bracia, załatwiając sprawy związane ze śmiercią matki, dowiadują się o utracie rodzinnego rancza oraz zabójstwie ojca.  Dwaj młodsi mają zamiar się rozliczyć i jak najszybciej wyjechać, ale starsi –  Tom (szuler i złodziej) i John (znany rewolwerowiec) widzą w całej sprawie spisek.  Rozpoczynają więc śledźtwo, które doprowadzi ich do ciekawych perypetii i skrzętnie ukrywanej przez miejscowych prawdy o śmierci ojca i zagrabieniu rodzinnej posiadłości.
            Oddzielny akapit chciałbym poświęcić epizodycznej roli Dennisa Hoppera (no nie będę w końcu po raz enty pisał o Waynie, Martinie czy Kennedym), który gra Dave’a Hastingsa.  Ja widziałem Hoppera w wielu filmach, żeby wymienić choćby najbardziej znane jak „Easy Raider”, „Czas apokalipsy”, „Speed” czy „Wodny świat”, ale gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i zapytał gdzie grał Dennis Hopper, instynktownie rzekłbym – „Synowie Katie Elder”.  Po prostu jego niewielka rola tak bardzo wpada w pamięć.  Jest genialny.
            W filmie pojawia się wałkowany do granic przyzwoitości motyw z bogatym ranczerem, który legalnymi i nielegalnymi sposobami stara się zagarnąć najlepszą ziemię w okolicy i kontrolować miasto.  Owego ranczera – Morgana Hastingsa – gra James Gregory, ale aż się chce krzyknąć „Waggoman, Alec Waggoman” :).  Też ma ogromne włości i wpływy, też ma syna niedojdę, a na jego usługach też jest Kennedy (choć nie ten :)).  Oczywiście to nie umniejsza filmowi, bo wątek konfliktu obcych z bogatym ranczerem pojawiał się i będzie pojawiał w wielu Westernach (ostatnio choćby u Costnera w „Bezprawiu”).
            Osobiście czuję wielką sympatię do „Synów Katie Elder” i bardzo lubię ten film.  Sam nie wiem skąd się to bierze.  Może stąd, że jest to jeden z filmów, które dobrze pamiętam z dzieciństwa.  Postać Johna Eldera (Wayna) w niebieskiej bluzie, z białą bandaną na szyi, który niczym detektyw stara się rozwikłać sprawę z przeszłości, była tym, czego później ciągle poszukiwałem w filmach.  Poza tym niezłe aktorstwo, dobry reżyser, całkiem ładne zdjęcia i wpadająca w ucho muzyka.  Myślę, że każdemu fanowi Westernu film się spodoba.  POLECAM!


Westerny Przejściowe
, , , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS