{ksywa}.blog

Wpisy z tagiem: karen-steele

Samotny Jeździec

7 sierpnia 2012 o 12:02 :: komentarze

    „Samotny jeździec” („Ride Lonesome”) to typowy Western lat pięćdziesiątych spod szyldu Boetticher-Scott, oddający ducha tamtego okresu, czyli czasu, gdy podział na dobro i zło powoli się zacierał, a filmową fabułę reżyserzy urozmaicali, dodając nieco więcej zagadkowości i tajemnicy (Western Psychologiczny).  Rzekłbym, iż pod tym względem filmy wyżej wymienionego duetu przypominają nieco filmy duetu Mann-Stewart, choć nie są aż tak przebojowe.  Szczególnie „Naga ostroga” przychodzi mi na myśl oglądając „Samotnego jeźdźca”.  Też jest tam transport poszukiwanego bandyty, są Indianie, jest piękna kobieta i jest pewna sprawa z przeszłości, która sprawia, że intencje głównego bohatera do końca nie są jasne.  Dodam, że główny bohater to postać bardzo ciekawa i świetnie zagrana.  To obok „Strzałów o zmierzchu” najlepsza moim zdaniem rola Randolpha Scotta…

    Film zrealizowano w 1959r., a jego reżyserem jest Budd Boetticher, który wszedł do panteonu westernowych reżyserów po zrealizowaniu serii świetnych obrazów z Randolphem Scottem w roli prawego, samotnego przybysza.  Twórcą całkiem niezłego scenariusza jest Burt Kennedy, który wielokrotnie: wcześniej i szczególnie później, sprawdzał się też w roli reżysera.  Co do Boettichera, to realizując „Samotnego jeźdźca” miał on już na koncie kilka ,więcej niż przyzwoitych, Westernów jak choćby „Cimmaron Kid”, „Siedmiu ludzi do zabicia” czy „Jeden dzień w Sundown” – nie są to jednak pozycje powszechnie znane.  Wśród tytułów realizowanych przez najwybitniejszych reżyserów tamtego okresu „Samotny jeździec” jest raczej filmem przeciętnym, ale ogląda się go dobrze, bo nie jest długi, ma wspaniałe, zaskakujące zakończenie, no i można podziwiać grę dwóch młodych tytanów Westernu czyli Lee Van Cleef’a i Jamesa Coburn’a, oraz znanego z serialu „Bonanza” Pernella Robertsa.  Autorem muzyki jest Heinz Roemheld.

    Fabuła filmu zbudowana jest wokół perypetii Bena Brigade’a (świetny Randolph Scott) – doświadczonego łowcy głów, któremu udaje się schwytać poszukiwanego listem gończym młodego bandytę Billy Johna.  Ów Billy jest poszukiwany za morderstwo, a Ben zamierza odwieźć go do pobliskiego Santa Cruz by odebrać nagrodę.  Z biegiem czasu okazuje się jednak, że intencje Brigade’a nie są tak klarowne jak by się z początku wydawało.  W drodze docierają na farmę, gdzie spotykają dwóch byłych przestępców: Sama (Pernall Roberts) i Whita (James Coburn), którzy przyłączają się do Bena licząc na amnestię za doprowadzenie ściganego przed sąd.  Spotykają tam też młodą kobietę Carrine (Karen Steele), żonę hodowcy, który wyruszył w pogoń za Indianami – złodziejami jego bydła.  Gdy okazuje się, że mąż młodej damy został zamordowany przez Indian, a bandyci napadli na przejeżdżający tamtędy dyliżans, cała grupa podejmuje ryzykowną podróż do Santa Cruz.  Sytuacja coraz bardziej komplikuje się, bo w pościg za nimi ruszają złowrodzy Indianie, a także banda zbirów dowodzona przez brata Billy John’a – Franka (Lee Van Cleef), który zamierza odbić młodszego brata.  Mimo to Ben nie śpieszy się i często zatrzymuje na noclegi.  Członkowie prowadzonej przez Brigade’a wyprawy powoli rozumieją, że intencje ich przewodnika są diametralnie różne od początkowo zakładanych.  Wszystko wyjaśnia się, gdy docierają do owianego złą sławą drzewa wisielców, z którym Bena i Franka łączy przerażająca przeszłość.

    Film ogląda się naprawdę dobrze.  Akcja jest wartka, umiejscowiona w malowniczych plenerach Teksasu (lub Nowego Meksyku – nie jestem pewien).  Ma ciekawy scenariusz ze sporą ilością strzelanin i zwrotów akcji, zaś aktorzy stanęli na wysokości zadania i nie zepsuli widzom widowiska.  Choć w filmie nie ma nic, czego nie widzielibyśmy we wcześniejszych dziełach tego gatunku, to jednak wydaje się on całkiem zaskakujący.  Duża w tym zasługa końcówki, która oprócz ważnego dla fabuły zwrotu akcji, daje też widzowi świetną, symboliczną scenę – spalenie drzewa wisielców, którym główny bohater zamyka pewien etap w swoim życiu.  Jest to niezwykle ciekawe, bo Klasyczne Westerny zwykło się kończyć damsko-męską sceną romantyczną (vide „Naga ostroga”).  Oczywiście w filmie jest kilka podobieństw do wymienionego dzieła Manna.  Przede wszystkim próby knowań Billy Johna i nakłanianie poszczególnych członków wyprawy do zdrady lub zmiany planów.  Niejasna przeszłość Bena Brigade’a to też myślę próba polemiki z postacią Howarda Kempa.
    Sumując dodam, że film ten wpasowuje się idealnie w moje gusta, bo okres drugiej połowy lat pięćdziesiątych to, obok przełomu lat 40-50 (Ford, Hawks), mój ulubiony fragment w historii Westernu.  Wszystkim fanom i anty-fanom Randolpha Scotta powiem, że choć jest to aktor mało charyzmatyczny, który nie sprawdziłby się jako gwiazda wielkich hollywoodzkich produkcji, to jednak jako westernowy kowboj, szeryf czy oficer sprawdzał się świetnie, a ilość zagranych przez niego filmów robi naprawdę wielkie wrażenie.  Nie bez kozery jest on więc na moim blogu w dziesiątce najwybitniejszych westernowych aktorów i to miejsce mu się tam należy.  Tym filmem utwierdził mnie  w owym przekonaniu.  „Samotnego Jeźdźca” POLECAM, jako pozycję podręcznikową Westernu Psychologicznego drugiej połowy lat pięćdziesiątych.



Klasyczne Westerny
, , , , , , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS