{ksywa}.blog

Wpisy z tagiem: george-roy-hill

Butch Cassidy i Sundance Kid

11 lutego 2012 o 21:11 :: komentarze

Eksperymentowanie w sztuce filmowej ma to do siebie, że daje efekty tylko wespół z dobrym warsztatem.  Musi to być połączenie doświadczenia ze świeżym podejściem.  Operowanie sprawdzonymi schematami do pary z odważną polemiką.  Kilka takich Westernów powstało w okresie przejściowym, a ich największym plusem jest
to, że ciężko je zaszufladkować, zaliczyć do jakiegoś konkretnego nurtu.  Właśnie taki jest film „Butch Cassidy i Sundance Kid” – nie jest to ani Western Klasyczny, ani Antywestern.  Łączy w sobie elementy obu nurtów z domieszką filmowej retrospektywy i nawiązań do starego kina.  Ja określiłbym go mianem Klasycznego
Antywesternu.  Dlaczego Klasycznego?  Bo jest zrobiony z rozmachem i wspaniałym warsztatem, a plenery nawiązują do najlepszych ujęć w filmach o Dzikim Zachodzie; do miejsc gdzie, pośród skalistych przełęczy, gangi wyjętych spod prawa bandytów stanowiły prawo i dyktowały warunki.  Dlaczego Antywesternu?  Bo romantyczny okres Dzikiego Zachodu właśnie się kończy, nadchodzi technologia, cywilizacja i stanowcze prawo, a reżyser
zabiera widza w ostatnią podróż dwójki legendarnych bandytów.  Do tego podział na dobro i zło w tym filmie jest
odwrócono do góry nogami…

Film ujrzał światło dzienne w 1969r., a jego twórcą był George Roy Hill. Nie jest to reżyser, którego moglibyśmy kojarzyć z Westernami, ale zapewne możemy kojarzyć go ze świetnymi filmami, realizowanymi z rozmachem i fantazją (np. za „Żądło” dostał w 1974r. Oscara).  „Buch Cassidy i Sundance Kid” to jeden z filmów, w przypadku których ciężko się do czegokolwiek przyczepić.  Wszystko – reżyseria, scenariusz, gra aktorów, zdjęcia i muzyka są świetne i sprawiają, że film ogląda się bardzo przyjemnie.  To jeden z moich ulubionych filmów lat sześćdziesiątych, ale jako Western wcale mi się tak bardzo nie podoba.  Może to dziwne, co piszę, ale wydaje mi się, że właśnie o to reżyserowi chodziło.

Film jest skonstruowany jako oparta na prawdziwych wydarzeniach, nostalgiczna opowieść o dwójce legendarnych bandytów, dla których napady to coś więcej niż profesja i możliwość zarobienia pieniędzy.  Dla nich to pewnego rodzaju manifest, ekspresja i sens życia, którą traktują jak sztukę, bawiąc się i czerpiąc frajdę niczym mali chłopcy.  Butch Cassidy (Paul Newman) i Sundance Kid (Robert Redford) są liderami „Gangu z przełęczy” (Hole in the wall gang) napadającego na pociągi i rabującego banki.  Po kolejnym napadzie na ekspres, wpadają w zastawioną przez właściciela kolei pułapkę, a tropem sławnych bandytów rusza grupa zawodowych łowców z szeryfem Joe Lefors’em i indiańskim tropicielem Lordem Baltimor’em na czele.  Ku zdumieniu uciekinierów, ścigający są niezwykle skuteczni i zdeterminowani, i tylko dzięki szczęściu udaje im się uciec.  Po tym wydarzeniu podejmują decyzję o wyjeździe do Boliwii, która zdaniem Butcha przypomni im czasy świetności…

Film jest tragikomedią, dramatem opowiedzianym w zabawny sposób.  Główni bohaterowie dostarczają mnóstwo dobrej zabawy dzięki swojej przebojowości, przewrotnemu poczuciu humoru i filozoficznemu podejściu do uprawianej przez siebie profesji.  Butch i Sundance tak bardzo dominują na ekranie, że w sumie nie ma sensu omawiać innych postaci, bo to i tak niewiele da.  Może jedynie Etta Place (Catharine Ross) wnosi cokolwiek do filmu, towarzysząc tytułowej dwójce w ich ostatniej krucjacie.  Jest to więc teatr dwóch aktorów i to jest jedyny minus, który potrafiłem dostrzec po wielokrotnym obejrzeniu filmu.  Ale trzeba przyznać, że Redford i Newman grają fantastycznie i choćby dla samych nich warto poświęcić te niecałe dwie godziny oglądania.  Każdy, kto oglądał „Żądło” wie jak wykwintną rozrywkę potrafi dostarczyć ten duet aktorski, a film „Buth Cassidy i Sundance
Kid” to potwierdza (a w zasadzie to na odwrót :)).

Nie jest to typowy Western, bo reżyser w sporym stopniu koncentruje się na kwestiach biograficznych, choć z tego co czytałem o gangu Butcha Cassidy, to trochę inaczej to wyglądało.  W ramach ciekawostki dodam, że swego czasu Cassidy dowodził (bodajże w Utah) gangiem znanym jako „Dzika Banda” (Wild Bunch), który napadał na pociągi.  Być może ten wątek z biografii bandyty był pewną inspiracją dla Sama Peckinpaha,
który nakręcił film o takim tytule.  Nie będę się zbytnio rozpisywał i sumując dodam, że każdy kinomaniak bez obawy może po film sięgnąć.  Atutem jest nagrodzona Oscarem muzyka Burta Bacharacha oraz nagrodzona również Oscarem piosenka „Raindrops Keep Fallin on My Head”.  Jeśli to jeszcze was nie przekonuje do sięgnięcia po film, to dodam, że to nie jedyne Oscary.  Kolejne dwie statuetki film dostał za zdjęcia (naprawdę wspaniałe) oraz za scenariusz.  Jedynie miłośnicy typowych westernowych schematów mogą być nieco zawiedzeni, ale nie powinni.  W filmie jest jeszcze coś, na co chciałem zwrócić uwagę.  Czarno-białe wstawki w
stylu kina niemego będące moim zdaniem pewnym ukrytym przekazem.  W  moim mniemaniu reżyser chciał zwrócić uwagę na aspekt historiotwórczy kina.  Na poszukiwanie pośród pożółkłych kart tematów, które filmowcy odgrzebują i wyczytane tam historie kreują na nowo, przedstawiając widzom nową prawdę w nieco teatralny (filmowy) sposób.  Hill pyta więc widzów co jest ważniejsze w sztuce filmowej: treść czy forma?  Ja to samo
pytanie zadaję wam, a przy tym obraz pana Georga GORĄCO POLECAM!



Westerny Przejściowe
, , , , , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS