{ksywa}.blog

Wpisy z tagiem: arthur-kennedy

Nevada Smith

11 grudnia 2010 o 16:42 :: komentarze

       W ostatniej notce wspomniałem w pewnym wątku o Henrym Hathaway’u i zainspirowało mnie to by sięgnąć po jakiś jego film.  Jest to reżyser nieco mniej znany i może nie do końca doceniany, ale jego filmy to naprawdę świetne pozycje.  Zaczynał pracę nad filmami już w latach 20-stych poprzedniego wieku, zaś w latach 30-stych debiutował jako reżyser.  Długoletnia kariera i praca nad różnymi rodzajami produkcji filmowych (w tym Westernami) w ciągu trzech pierwszych dekad swojej twórczości sprawiła, że w latach 60-tych powstała cała seria najciekawszych Westernów Hathawaya.  Filmy z tamtych lat są ciężkie do zaszufladkowania, to taka spóźniona klasyka.  Ja te filmy określam mianem Westernów okresu przejściowego i zaliczam do nich obrazy Hathawaya z lat 60-tych i początku 70-tych za wyjątkiem „Złota Alaski” i „Jak zdobywano Dziki Zachód”.  Często wertuje półki marketów w poszukiwaniu jakichś Westernów.  Pamiętam jak kiedyś lekceważąco podchodziłem do filmu Nevada Smith, który od czasu do czasu rzucał mi się w oczy, odkładając jego zakup jak tylko długo się dało.  Nawet nie sprawdzałem okładki pod kątem tego, kto jest reżyserem (odstraszała mnie postać Steve’a McQueena, za którego talentem nie przepadam).  Jednak gdy tylko zorientowałem się, że to film Hathawaya, momentalnie go kupiłem i wrzuciłem do odtwarzacza DVD – szybko przekonałem się, że nigdy nie można niczego oceniać po okładce…

                Film powstał w 1966r. i nawiązuje do postaci z filmu „The Carpetbaggers” (1964r.) z Alanem Laddem w roli Nevada Smitha, zrobionym na podstawie powieści z 1961r. o tym samym tytule.  Stanowi więc niejako prequel tegoż filmu i opisuje dzieję Maxa Sanda (Nevada Smith to jego późniejszy pseudonim) za czasów gdy był jeszcze młodzieńcem.  Nie wiem dlaczego nie przepadam za Steve’em McQueenem, w końcu był to aktor grający dobre role w ciekawych filmach.  Może po prostu niektóre jego kreacje mnie nie przekonały.  Tak czy inaczej w filmie „Nevada Smith” mi się bardzo podobał (podobał mi się też w „Siedmiu wspaniałych” i „Tom Horn”).

                Max Sand (Steve McQueen) jest synem białego farmera i Indianki.  Jego rodzice zostają brutalnie zamordowani w niejasnych porachunkach przez grupę trzech bandytów: Toma Fitcha (Karl Malden) Billa Bowdre (Arthur Kennedy) i Jesse Coe (Martin Landau).  Młody Max, choć nie ma zielonego pojęcia o walce i zabijaniu, poprzysięga zemstę.  Pali dom rodziców i rusza w ślad za bandytami.  Brak doświadczenia i naiwność sprawiają, że łatwo daje się wywieść w pole napotkanym kowbojom, którzy okradają go ze wszystkiego co ma i zostawiają na pastwę losu.  Zdesperowany młodzieniec jest gotów posunąć się do ostateczności byle by jakoś przetrwać.  Na swoje szczęście spotyka handlarza bronią o imieniu Jonas Cord (Brian Keith).  Mężczyzna, choć nie popiera planów chłopaka w związku z zemstą, postanawia go nauczyć strzelać, czytać, pić i grać w karty.  Po pewnym czasie Max jest już świetnym strzelcem; postanawia więc opuścić Corda.  Tak zaczyna się długoletnia wędrówka w poszukiwaniu zemsty…

                Osobiście podziwiam Hathawaya za fenomenalne wyczucie fabularne.  Myślę, że duża w tym zasługa pracy nad filmami noir, gdzie umiejętność budowania fabuły to podstawa.  „Nevada Smith” naprawdę zaskoczył mnie pod względem fabuły.  Wydawałoby się, że ciężko zrobić coś oryginalnego o zemście, która jest motywem przewodnim większości Westernów, ale ten film jest oryginalny.  Zrobiony z rozmachem, gdzie akcja toczy się w ogromnej liczbie miejsc, z duża liczbą drugoplanowych postaci.  Jednak fabuła poprowadzona jest tak mistrzowsko, że widz nawet na chwilę się w tym wszystkim nie gubi i po prostu wygodnie płynie z jej nurtem.  Hathaway zaskakuje ciekawymi pomysłami, jak na przykład przeniesieniem części akcji do więzienia w Luizjanie, gdzie Max daje się celowo zamknąć by dopaść jednego z morderców.  W ogóle główny bohater jest świetnie przedstawiony.  To nie jest dobry chłopak, to kawał skurczybyka – przechodzi ogromną przemianę z naiwnego chłopca w twardego, bezlitosnego zabójcę.  Morduje z zimną krwią, ima się podstępów, kłamstw i cierpliwie realizuje swoje postanowienie.  Jest to postać w której drzemie pewna wrodzona dobroć, ale jest ona bez szans w konfrontacji z ogromną chęcią zemsty.  Max na swej drodze wielokrotnie spotyka ludzi, którzy chcą go odwieść od morderczych planów.  Są to doświadczony rusznikarz Cord, katolicki ksiądz Ojciec Zaccardi (Raf Vallone) oraz piękne kobiety: indianka Neesa (Janet Margolin) i pracownica na polu ryżowym Pilar (Suzanne Pleshette).  Jednak ani mądre słowo, ani biblia, ani nawet miłość nie są wstanie powstrzymać Maxa od wymierzenia sprawiedliwości.

                Jeszcze nigdy w życiu żaden film mnie tak pozytywnie nie zaskoczył.  Spodziewałem się eksperymentu z nieciekawą grą aktorską, a dostałem wspaniały, świetnie wyważony i oryginalny obraz z pięknymi zdjęciami i płynną fabułą, a także wyśmienitą obsadą.  Zrobiony w starym dobrym stylu, ale przepleciony z interesującymi pomysłami reżyserskimi i nowym typem głównego bohatera.  Po oglądnięciu nawet zastanawiałem się czy to nie jest najlepszy Western Hathawaya, ale uznałem, że nie ma co przesadzać, bo ten reżyser jest po prostu bardzo równy.  Nigdy jeszcze mnie nie zawiódł, powiem więcej, ja ciągle chyba go niedoceniam, a kolejne jego filmy są dla mnie coraz większym zaskoczeniem J.  Naprawdę GORĄCO POLECAM.



Westerny Przejściowe
, , , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS