{ksywa}.blog

Django (Unchained)

30 sierpnia 2014 ", ", 8 komentarzy

Simply ma dar przekonywania ;).

        Tarantino coraz bardziej zaczyna mi przypominać Spielberga. Jakiś czas temu wyrwał się z tej swojej gangsterskiej, grindhouse’owej niszy i zaczął robić filmy mainstreamowe, oscarowe, pozostając jednak ciągle niezależny w przekazie i pomysłach. Bardzo lubię filmy, w których jakaś, pokrzywdzona przez dzieje mniejszość chwyta za broń (zarówno tą dosłowną, palną, jak i prawną czy gospodarczą) i na przekór tego, co się czyta w książkach od historii, robi koło pióra swoim oprawcom. U Spielberga to wszystko było o wiele poważniejsze, dramatyczne; u Tarantino jest przerysowane, ubrane w szyderczy płaszcz, jednak i tu i tu, równie przejmujące. Obaj twórcy, gdy już robią film o czarnych niewolnikach, to mamy gwarancję, że znajdą się tam sceny mrożące krew w żyłach, ilustrujące najgorszą prawdę o tym, co ludzie mogą robić innym ludziom. Gdy robią film o Żydach – zapewne nie zabraknie w nim holokaustu, bez względu na to, czy dokona się on ręką nazistów, czy samych Izraelitów. Robienie filmów, w których porusza się tak delikatną tematykę, często objętą tabu, to ogromna odpowiedzialność i wielkie wyzwanie dla reżysera. Tarantino radzi sobie z tym świetnie, ba, potrafi wyrwać za to najważniejsze w świecie filmowym nagrody.

django1        Django (Django Unchained) to film z 2012r., który jest kolejnym po „Bękartach Wojny” artystycznym i komercyjnym sukcesem Tarantino. Od „Bękartów Wojny” jest moim zdaniem jednak lepszy, mimo iż mniej przewrotny, co w twórczości pana Quentina jest zwykle na plus. Django to piekielnie udanym Antywestern, który polemizuje nie tylko z konwencją klasyczną, ale i ze Spaghetti Westernem, a nawet z samymi Antywesternami. Nazwał bym go Quentinsternem ;). Tak czy siak, Tarantino dokonał rzeczy prawie niemożliwej w dzisiejszych czasach. Zrobił oryginalny Western, w którym od pierwszej do ostatniej sceny mamy do czynienia z autorskimi pomysłami, jak bez udziału cyfrowych efektów specjalnych pokazać inaczej coś, co pokazano w ciągu ostatnich stu lat na wszelkie możliwe sposoby. Godne podziwu.

        Głównymi bohaterami filmu są: ekscentryczny łowca nagród Dr. Shultz (rewelacyjny Christoph Waltz) oraz jego podopieczny, niewolnik, którego wyzwolił – Django (Jamie Fox). Jest to więc nawiązanie do słynnego filmu Sergio Corbucciego o tym samym tytule, ale nie jest to remake.

        Podczas boomu na Django, czyli po jego premierze, naczytałem się wielu recenzji, nie chciało mi się tym samym wtedy o filmie pisać. Skoro emocje opadły, czas na kilka dodatkowych przemyśleń ode mnie. Wybaczcie, że ta notka jest taka poszarpana merytorycznie.

        Bardzo podoba mi się pomysł z niemieckim dentystą jako łowcą nagród. Niby to takie nietypowe, przerysowane – Niemiec na Dzikim Zachodzie, ale takich przypadków wbrew pozorom było sporo. W ogóle nie wiem, czy wiecie, ale historia Niemców w USA jest ciekawa. Zaczęło się na większą skalę od Wojny o Niepodległość. Między XVI a XIX w. istniało takie niemieckie państwo o nazwie Hesja-Kessel. W XVIII wieku liczyło trzysta tysięcy mieszkańców, z czego czterdzieści tysięcy stanowili – uwaga – zawodowi żołnierze! Landgrafowie Hesji wypożyczali za pieniądze swoich wojaków na wiele europejskich frontów; ale też i za ocean. Ponad połowa brytyjskiej armii walczącej z amerykańskimi koloniami (bodaj 16 z 30 tysięcy żołnierzy) to byli Hesi, wcale nie Anglicy! Po wojnie lwia część Hesów nie wróciła do domu, tylko osiadła w Stanach, stając się jedną z większych grup narodowościowych tworzących wolne USA. Przetarli tym samym szlaki dla dalszych migracji i wycieczek za ocean dla swych rodaków. Tak więc historia z czarną Broomhildą i jej właścicielką, która nauczyła ją niemieckiego to raczej nic niezwykłego.

      django2  Inna kwestia dotyczy „Mandingo Fighting”. Bardzo podoba mi się pomysł czarnych gladiatorów, jednak nie jestem do końca pewien, czy coś takiego faktycznie istniało. Poszperałem trochę na ten temat w necie i dotarłem do opracowania profesor Edny Greene Medford z University of Maryland, specjalistki od historii amerykańskiego niewolnictwa i Wojny Secesyjnej. Pani profesor pisze, że nie ma żadnych źródeł opisujących coś takiego jak „Walki Mandingo”. Jest możliwe, że jakieś walki niewolników organizowano, ale po pierwsze nie nazwało się to „Mandingo Fighting”, a po drugie trudno wyobrazić sobie, aby odbywały się one na śmierć i życie. Powód jest bardzo prozaiczny – ekonomia. W połowie XIXw., czyli w epoce walki z handlem i przerzutem ludzkiego towaru z afryki do „Indii Zachodnich”, niewolnicy byli towarem drogim. Trudno wyobrazić sobie, aby plantatorzy chcieli łożyć na wyżywienie i wyszkolenie wojowników, by stracić ich w pierwszej walce. No, ale kto wie, w przypadku takich znudzonych życiem potentatów jak Candy, nie jest to wykluczone. Jako ciekawostkę dodam, że Tarantino musiał się już wcześniej interesować Mandingo. W Jackie Brown jest taki koleś Winston (grany przez Tommy „Tiny” Listera), o którym Samuel L. Jackson mówi: „Who’s that Mandingo-looking nigger you got up there on that picture with you”.

        Tarantino świetnie pokazał zależności między białymi i czarnymi. Podoba mi się ten odcień szary, który stanowiły jednostki nieprzeciętne. Już abstrahuję od czarnoskórego łowcy głów, którym był Django, ale np. uprzywilejowani wojownicy Mandingo; wpływowe, ekskluzywne kurtyzany; czarni dozorcy niewolników, którymi gardzili także czarni; majordomus Stephen (świetny Samuel L. Jackson), który miał tak wielką władzę w Candyland, że nawet Calvin (rewelacyjny Di Caprio) go słuchał i pozwalał mu na bardzo wiele. Ładne dziewczyny lub te posiadające niezwykłe umiejętności (jak znajomość niemieckiego Broomhildy) nie pracowały w polu, tylko w rezydencji. To wszystko zostało pokazane bardzo zgrabnie i mimo pewnych naciągnięć (vide „Mandingo Fighters”) widać niezły risercz twórców.

     django3   Nie zabrakło też scen i wątków humorystycznych. Większość dialogów Waltza, to (podobnie jak w Bękartach Wojny) wyśmienite, dowcipne kwestie, z typową dla niego kurtuazją i przekąsem. Rozbawiła mnie rólka Franco Nero i jego wymiana zdań z Jamie Foxem (Django-pierwowzór i Django-rozkuty). W ten sposób, niejako bezpośrednio, Tarantino oddał hołd jednemu z najważniejszych Spaghetti Westernów i jednemu z najbardziej inspirujących Westernów w ogóle.

        Ścieżka dźwiękowa jest świetnym miksem włoskiego Westernu z nowoczesnymi rytmami. Quentin ma niezwykły dar dobierania pozornie niepasujących do siebie utworów w taki sposób, że pasują. W filmie możemy usłyszeć zarówno oryginalne nuty z filmowego pierwowzoru, jak choćby „Django” czy „La Corsa” Luisa Bacalova, poprzez kilka utworów z innych Westernów, jak skomponowane przez Ennio Morricone „The Braying Mule” z filmu „Two Mules for Sister Sara”, kończąc na rapowym „100 Black Coffins” w wykonaniu Ricka Rossa, świetnie oddającym klimat czarnoskórej społeczności.

        No i co więcej napisać o filmie, o którym napisano już wszystko? GORĄCO POLECAM!


Antywesterny

, , , , , , ,

  • Napisane przez ~Simply w dniu 30 sierpnia 2014. Odpowiedz

    Ktoś Cię musiał pogonić :)
    Walki Mandingo to oczywiście fikcja. To taki ukłon Tarantino w kierunku innego filmu – ,, Mandingo” Richarda Fleischera z 75. To taki blacksploitation z większym budżetem z Perry Kingiem, Susan George i ex bokserem wagi ciężkiej Kenem Nortonem w roli tytułowej. Rzecz rozgrywa się w Alabamie w pierwszej połowie XIX w. Syn bogatego plantatora kupuje na targu niewolników murzyna z plemienia Mandingo – prawdziwy kawal byka. Robi zakłady z innymi właścicielami , wystawiając swojego Mandingo do walk na gole pięści z ich niewolnikami. Ostra jazda, polecam.
    Ps. Jak dla mnie, ,, Bękarty” są o niebo lepszym filmem, niż ,, Django Unchained”.

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 30 sierpnia 2014. Odpowiedz

    Słyszałem o tym filmie „Mandingo”, ale nie oglądałem dlatego nie wspominałem. Nie wiedziałem też, że Tarantino się nim jarał – ale w sumie to pewniak, że miał go rozłożonego na czynniki pierwsze, kręcąc Django ;).

  • Napisane przez ~Pan Szyszek w dniu 31 sierpnia 2014. Odpowiedz

    Zastanawiam się czy inspiracją dla dr Schultza nie był Doc Holliday, który też był dentystą :D
    „Django” to dla mnie film niezły, ale bardziej taki zbiór epickich scen. A i czarni kowboje to nie nowość w westernie :D

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 31 sierpnia 2014. Odpowiedz

    Hmm, wątek Doc’a Holliday’a mi nie przyszedł do głowy, ale faktycznie – jakąś jego cząstkę bym tam wyszukał u Schultza ;).
    No pewnie, że czarni kowboje to nie nowość – z końcem lat 60′tych zaczęło się ich pojawiać coraz więcej w Westernach.
    Pozdrawiam.

  • Napisane przez ~Mariusz w dniu 31 sierpnia 2014. Odpowiedz

    Twoje tempo publikowania postów jest imponujące, już nie nadążam z czytaniem ;) Sorry za ten sarkazm :)

    „Django” to oczywiście świetne kino, chociaż tak jak Simply oceniam wyżej „Bękarty wojny”. Może nie o niebo, ale minimalnie jest lepszy moim zdaniem.
    W „Django” mamy jednak sporo świetnych pomysłów, scenariusz wypełniony jest znakomitymi dialogami, aktorstwo wybitne (chociaż Waltzowi Oscara bym nie dał), a muzyka jest bardzo fajnie dobrana poza rapem. Pozytywnie mnie zaskoczyło włączenie do filmu utworu Jerry’ego Goldsmitha „Nicaragua” pochodzącego z filmu „Pod ostrzałem” – u Tarantino ten utwór pasuje bardziej niż do filmu, do którego został skomponowany.
    Warto jeszcze wspomnieć, że Ennio Morricone skomponował specjalnie do filmu piosenkę „Ancora Qui”.

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 31 sierpnia 2014. Odpowiedz

    Faktycznie, bardzo himeryczne to moje tempo, no ale może właśnie dlatego blog jest wyjątkowy :P.
    Doceniam artystyczne wartości „Bękartów…”, popis aktorski Schultza i Pita, i genialny scenariusz. Ale jako fan Westernów i miłośnik historii Stanów Zjednoczonych Ameryki, subiektywnie, wolę Django ;)

  • Napisane przez ~Łukasz w dniu 4 stycznia 2015. Odpowiedz

    Django to rzeczywiście kapitalny western, chociaż moim zdaniem jest co najmniej kilka lepszych.
    Ciekawi mnie jednak inna rzecz. Oglądałeś może taki nietypowy niemiecki western z 1928 r. – Wicher? Ciekawi mnie, jakbyś go zrecenzował. Dla mnie to jest absolutne arcydzielo kina niemego i ogólnie – kina. Pozcyja obowiązkowa dla fana gatunku. Połączenie niemieckiego kina okresu międzywojennego z zavchodnimi amerykańskimi motywami, przywołujące też nordyckie i slowiańskie klimaty (bezkresne przestrzenie, wiatr, itd. rodem z naszych wiedźminów i podań ludowych) ze świetnym aktorstwem. Kino podobne do kultowego Fausta z tego samego okresu. Film niestety się mocno postarzal, a i trudno teraz znaleźc do niego polskie tablice.
    Marzy mi się, aby ktoś dziś zdrobił remake tego filmu – z dźwiękiem, reżyserią, scenariuszem i aktorstwem na najwyższym poziomie. No i tak mi przyszło na myśl – może Tarantino albo bracia Coen? To by chyba pasowalo to tych drugich.
    Również, jak Ty jestem milośnikiem westernów i ogólnie przygody – akcji, sensacyjnego, gangsterskiego, wojennego i przygodowego. Fajnie, że ktoś z młodych osób, oprócz mnie, jeszcze ogląda westerny.

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 7 stycznia 2015. Odpowiedz

    Witaj, Łukasz. Nie widziałem filmu „Wicher”, ale jak będę miał sposobność to obejrzę i może coś napiszę.
    Pozdrawiam.

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze




  • RSS