{ksywa}.blog

Gwiazda Szeryfa

22 czerwca 2013 ", ", 31 komentarzy

 

      W westernowym dorobku Anthony Manna najbardziej podobają mi się „Naga Ostroga” i „Mściciel z Laramie”. Najsłabsze wrażenie robi na mnie „Daleki Kraj”. Jest też kilka pozycji, których nie widziałem, jak „Cimarron” czy „Last Frontier”, więc moje postrzeganie jego twórczości może się jeszcze zmienić. Film „Gwiazda Szeryfa” plasuje się gdzieś pośrodku, co nie zmienia faktu, że jest to świetny Western, godny polecenia każdemu. W przypadku tego ostatniego, mamy do czynienia z dużą zmianą odnośnie kwestii obsadzenia głównej roli. Przez pół dekady Mann obsadzał w Westernach swojego ulubieńca, czyli Jamesa Stewarta, co było zrozumiałe, bo pracowało im się świetnie, także w innych gatunkach filmowych. Odpoczynek od Stewarta i wycieczki w stronę innych aktorów: Henry Fondy, a później Gary Coopera, dobrze zrobiły Mannowi – utrzymały jego warsztat i wenę twórczą na wysokim poziomie, w okresie, gdy szczyt miał już za sobą (mowa o Westernach).

The Tin Star

      „Gwiazda Szeryfa” („The Tin Star”) to film, który powstał w 1957r. i obok „Nagiej Ostrogi” jest chyba najlepiej rozpoznawalnym i najczęściej wyświetlanym przez telewizję Westernem Anthony Manna. Dzieje się tak, ponieważ film ten jest podręcznikowym przykładem Klasycznego Westernu, ze wszelkimi dobrodziejstwami, które to ze sobą niesie. Mamy w nim samotnego rewolwerowca, który trafia do małego miasteczka, gdzie wbrew swojej woli zostaje wplątany w miejscowy konflikt interesów. Mamy piękną kobietę, dziecko i niedoświadczonego szeryfa-młokosa, którzy jako jedyni widzą w przyjezdnym dobrego człowieka. Mamy dosyć jasny podział na dobrych i złych, których nietrudno rozpoznać patrząc na twarze aktorów. Np. Lee Van Cleef – zły; Anthony Perkins – dobry. Jest sporo akcji, jest różnorodność charakterów i jest zaskakująco ciekawa scena kulminacyjna, która nie jest jedynym pojedynkiem w tym filmie. Muzyką zajął się Elmer Bernstein, więc jest ona po prostu świetna.

      Tytułowa gwiazda została sprowadzona do symbolu, wokół którego toczy się historia dwóch głównych bohaterów. Młodego szeryfa Bena Owensa (świetny Anthony Perkins), który, jako świeżo upieczony stróż prawa, jeszcze nie zdążył przekonać się, jak uciążliwym brzemieniem jest noszony na piersi kawałek metalu. Z kolei łowca nagród – Morgan Hickman (Henry Fonda) – który przyjeżdża do miasta w celu odebrania nagrody za poszukiwanego bandytę, sam kiedyś był szeryfem, a teraz ucieka od przeszłości, kierując się własnymi zasadami. Morg zachowuje pełnię praworządności i skuteczność w walce z bandytami, mimo niechęci do cynowej gwiazdy. Rozumie jednak, że ma wiedzę, której brakuje młodemu Benowi i postanawia przeprowadzić młokosa przez najtrudniejszy moment w karierze szeryfa – przez pierwszy konflikt. Ich wspólna praca i nauka sprawią, że młody szeryf stanie się prawdziwym mężczyzną, zaś doświadczony łowca nagród przegoni złe duchy przeszłości i zyska nową rodzinę.

Ben and Morg

      Wracając do kwestii dobra i zła. Nie jest ono aż tak klarowne jak napisałem dwa akapity wcześniej. Jest to Western Psychologiczny, więc niektóre postacie są dwuznaczne. Najlepszym przykładem jest sam Morg, który choć działa zgodnie z literą prawa, to jednak ma nie najlepszą opinię – woli zabijać bandytów i dostarczać ich martwych. Mimo zgody na pomoc Benowi, nie zamierza zostać zastępcą i założyć symbolicznej gwiazdy, nie od razu. Drugim, może i nawet lepszym przykładem, jest Bart Bogardus (Neville Brand) – nadgorliwy lider saloonowych zakapiorów. Próbuje stanąć na czele miejscowej społeczności w celu złapania morderców, a następnie wymierzenia im należytej kary, jednak naprawdę jest człowiekiem zepsutym i pałającym chęcią zemsty.

      W filmie nie sposób przejść obojętnie obok świetnie zagranych epizodów. Pojawia się Ed McGaffey czyli wyżej wymieniony Lee Van Cleef, który wraz z bratem napada na dyliżansy. Ciekawą postacią jest Nona Mayfield (Betsy Palmer), matka Kipa, chłopca, z którym zaprzyjaźnia się Morg. Jej dziecko jest pokłosiem indiańskiego nasienia, co sprawia, że kobieta jest outsiderką, żyjącą z drobnych usług krawieckich. Mimo wszystko kobieta dzielnie znosi swoją sytuację w mieście i jest przykładem silnej i mądrej kobiety zachodu. Brzemię jej i syna sprawia, że widzi w Morgu kogoś więcej niż polującego na nagrody zabijakę. Ci dwoje są po prostu sobie pisani. Pojawia się postać Doktora McCorda (John McIntire), ulubieńca miejscowych i człowieka spokojnego, neutralnego. Mann – wbrew konwencji Fordowsko-Hawks’owskiej – wybornie pokazuje w tym filmie, że ludzie opatrujący rany postrzałowe, najczęściej padają ofiarą postrzałów. To ma sens.

      Powiem tak. Anthony Man nakręcił lepsze filmy niż „Gwiazda Szeryfa”. Bardziej dramatyczne, w których zdarzało się więcej akcji, barwniejsze postacie czy wciągająca intryga. Ale na pewno jest to jedno z jego największych dzieł westernowych, a przy tym piekielnie wyrazista klasyka. Nie ma tu słabych scen, źle rozpisanych ról i czegokolwiek do czego można by się przyczepić. Jest za to dobry klimat, pogłębiony przez czarno-białe kadry Vista Vision no i Henry Fonda, dla którego to były ostatnie lata grywania tych praworządnych bohaterów amerykańskiego pogranicza. No bo potem coraz częściej wcielał się w złych, lub niedobrych. GORĄCO POLECAM.


Klasyczne Westerny

, , , , , , , ,

  • Napisane przez ~Simply w dniu 22 czerwca 2013. Odpowiedz

    Lata świetlne temu ten film widziałem,kojarzę tak przez mgłę. Zapamiętałem go,jako strasznie spokojny western, aż za bardzo, jak dla mnie ; no i że Fonda był szlachetny, do bólu. Pamiętam tylko wrażenie, że mi się nie spodobał.

    Ps. ,,Daleki kraj”, to rzeczywiście kicha i potworna nuda Też paru Mannów nie widzialem, np. ,, Devil’s Doorway” z Robertem Taylorem, czy ,, Furies” z Barbarą Stanwyck i Walterem Hustonem, obydwa z 1950. Szczególnie ciekawi mnie ten ostatni, ponoc intrygujący, psychologiczny western, podejmujący temat destrukcji więzów rodzinnych, przez chciwośc i zgubne namiętności – bardzo ceniony przez Martina Scorsese.
    PPs
    Z klasycznych westernów, jakiś czas temu obejrzałem po raz pierwszy ,, The Ox Bow Incident ” Wellmana z 1943 – rewelacja, to mało powiedziane.

    • Napisane przez ~Westerny w dniu 22 czerwca 2013. Odpowiedz

      „Wydarzenie w Ox Bow” rewelacja. Niedawno widziałem. Z jakim rozmachem tam napisali dialogi dla Fondy – szok. Co do wymienionych przez Ciebie Mann’ów to też nie widziałem, może kiedyś uda się nadrobić zaległość. A jeśli chodzi o „Gwiazdę Szeryfa” to nie powiedziałbym, że jest spokojna – raczej „wyważona” :).

  • Napisane przez ~Mariusz w dniu 22 czerwca 2013. Odpowiedz

    Bardzo lubię ten film, oprócz „Nagiej ostrogi” to mój ulubiony western Manna. Dobrym pomysłem było zrealizowanie filmu w czarno-białych barwach, dodało to filmowi niesamowitego klimatu, jaki był już rzadkością w epoce filmów szerokoekranowych. Podobało mi się kilka motywów, np. gdy Fonda był przekonany że bandytów nie da się schwytać żywcem, a okazało się, że to jednak możliwe :D

    • Napisane przez Westerny w dniu 22 czerwca 2013. Odpowiedz

      Z kolei niektóre sceny trącają mi tutaj „Jeźdźcem znikąd” (zafascynowanie chłopca Morgiem).

  • Napisane przez ~Simply w dniu 24 czerwca 2013. Odpowiedz

    Westerny obejrzane w ciągu kilku ostatnich miesięcy:

    ,, The Ox Bow Incident” reż. William Wellman 1943

    Zrealizowany skromnymi środkami wstrząsający moralitet, podejmujący kwestie sumienia, zbiorowej odpowiedzialności winy i kary. Rzecz na wskroś przełomowa, nie tylko z resztą dla westernu, dla którego stanowi prawdziwy kamień milowy. Do tego film bardzo oryginalny fabularnie – mamy tu bohaterów wyłącznie drugoplanowych.
    6/6

    ,, Red River” reż. Howard Hawks 1948

    Arcydzieło gatunku , co tu dużo mówic. Ogólne wrażenie psuje tylko Montgomery Clift, który zagrał strasznie papierowo i kompletnie położył rolę, dającą było nie było, spore pole do popisu.
    mimo to 6/6

    ,,Rio Lobo” reż. Howard Hawks 1970

    W ,, El Dorado” stary dobry Howie pokazał, ze da się po raz drugi wejśc do tej samej rzeki, ale tu widac,, że po raz trzeci już nie za bardzo. Wyłącznie powtórka z rozrywki, zero odkrywczości, ale cały czas obecny hawksowski duch sprawia, że ogląda się sympatycznie i bez stresu. Najlepsze jest pierwsze pół godziny, gdzie mamy bardzo nietypowy napad na pociąg, porządną dramaturgię i pełno nieoczekiwanych twistow – dalej, to już odgrzewany kotlet. Leje się też trochę, juchy, co u Howiego,stanowi pewne novum : ale trzeba było iśc z duchem czasów.
    3/6

    ,,Texas Addio” reż. Ferdinando Baldi 1966

    Franco Nero, jako okrutny gringo-mściciel na gościnnych występach w Meksyku. Film świetnie, z pazurem wyreżyserowany, amoralny, bardzo brutalny, rzeżnia non stop, zero litości dla kogokolewiek, Far West goes to Hell.
    Me gusta mucho mucho, chcę więcej takiego spaghetti
    5/6

    ,, The Tall T” reż. Bud Boetticher 1957

    Jak to u Boettichera, jest kameralnie i przewidywalnie, ale ogląda się bardzo dobrze. Randy Scott, jako zakładnik gangu rabusiów dyliżansów gra niezwykle ascetycznie, co świetnie pasuje do tej roli ( imo jednej z najlepszych w jego filmografii ). Jeszcze lepszy jest Richard Boone w podobnie oszczędnej roli szefa bandy ( coraz bardziej lubię tego aktora ) Na drugim planie Henry Silva – kozak, jak zawsze. Ogólnie, jeden z lepszych Boetticherów
    4/6

    ,, Horse Soldiers” reż. John Ford 1959

    Historyczny western z Wojny Secesyjnej, przypominający historie głębokiego rajdu Unionistów na konfederackie tyły, celem odciecia linni zaopatrzenia i przechwycenia zaplecza. Grany przez Wayne’a dowódca, to apodyktyczny burak z awansu społecznego, o manierach wsiowego parobczaka. Wayne wypadł tu bardzo naturalnie, był po prostu sobą. Przeciwwagą dla niego jest lekarz pułkowy w randze majora ( dobry William Holden ), który ma jego rozkazy w głębokiej dupie, jesli kłócą się z jego pojęciem zawodowej etyki. Obaj cisną sobie co jakią czas, a nawet w końcu dają po ryju. Niestety, ten konflikt wypada strasznie letnio, bez prawdziwego dramatyzmu, podobie , jak i cały film, który wydaje się kompletnie pozbawiony emocji,a momentami strasznie durny, wydumany i dziecinny ( Konfederaci, jako bnanda idiotów) Batalistyznie też dupy nie urywa. Wyłącznie dla die hard fanów Wayne’a.
    2/6

    ,, Rio Conchos” reż. Gordon Douglas 1964

    Ekipa awanturników w misji specjalnej, na tropie szalonego ex konfederackiego watażki, który zmonopolizował handel bronią z Apaczami, chcąc przy ich pomocy kontynuowac przegraną wojnę. Świetny, pomysłowy western, będący mocnym, przejściowym ogniwem między klasyką, a peckinpahowskim modelem antybohaterskim. Momentami, jak na tamte czasy, dośc brutalny, a nawet zalatujący kinem eksploatacji. Doskonała obsada : Richard Boone, Anthony Franciosa, Stuart Whitman , Jim Brown i Edmond O’ Brien.
    Bardzo polecam
    5/6

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 24 czerwca 2013. Odpowiedz

    Widzę, że nie próżnujesz, Simply. Pierwsze trzy pozycje widziałem. Kolejnych czterech nie, a szczególnie dwie ostatnie mnie zaintrygowały.

  • Napisane przez ~Mariusz w dniu 25 czerwca 2013. Odpowiedz

    „Kawalerzystów” Johna Forda kiedyś widziałem i faktycznie nie zachwyca ten film, ale u mnie miałby wyższą ocenę, bo według mnie Ford kręcił gorsze filmy (jak chociażby „Trzech ojców chrzestnych”). „Red River” to klasyka bezsporna, wszystko tu jest na swoim miejscu (no, może poza Cliftem :D)
    „Rio Lobo” koniecznie muszę sobie przypomnieć, widziałem dość dawno. Oglądałem kiedyś film dokumentalny na temat Hawks i była w nim mowa o tym, że podczas realizacji „Rio Lobo” reżyser był poważnie chory i wiele scen wyreżyserował za niego John Wayne (podobnie było w przypadku Michaela Curtiza i „The Comancheros”). Gdy jeden z reporterów zapytał Hawksa czy nie przeszkadza mu, że Wayne kręci za niego film on odpowiedział coś w stylu: „Znamy się już dość długo i on wie jaki film chcę nakręcić”.

  • Napisane przez ~Simply w dniu 29 czerwca 2013. Odpowiedz

    Z lużnych dywagacji:

    Słuchając sobie zwariowanych wersji tematów Ennia Morricone, zinterpretowanych przez Johna Zorna, oraz jego soundtracku do niezrealizowanego filmu Waltera Hilla, pomyślalem, że spaghetti-wersja ,,Siedmiu Wspaniałych” to byłaby całkiem spoko opcja :

    ,, Sette Magnifici” reż. Lucio Fulci 1968
    scenariusz : Dardano Sacchetti, Fernando Di Leo
    Obsada:
    Chris ( Brynner ) – Lee Van Cleef
    Vinn ( McQueen ) – Franco Nero
    Britt ( Coburn ) – Clint Eastwood
    Bernardo ( Bronson ) – Giuliano Gemma
    Chico ( Buchholz ) – Tomas Milian
    Lee ( Vaughn) – Klaus Kinski
    Harry Luck ( Dexter ) – Al Mulock
    Calvera ( Wallach ) – Gian Maria Volonte
    Petra,laska Chica (Monteros ) – Edwige Fenech ( Nicoletta Machiavelli )
    starzec z wioski ( Sokoloff ) – Orson Welles

    Ps. Van Cleef zagrał tę rolę w trzecim sequelu , wymieniając się z Brynnerem, który wystąpił wtedy, jako Sabata w ,, Indio Black””
    Ps. 2 Jeszcze lepsza mogłaby byc bikerska wersja ,, Siedmiu…” . Tu obsadę i reżysera też determinuje rok powstania ( najlepiej początek 70-tych ) pomyslimy…

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 30 czerwca 2013. Odpowiedz

    Nie ja za słabo się znam na włoskim kinie i spaghetti Westernach żeby podjąć to wyzwanie. Ale ten Orson Welles mnie pozytywnie zaskoczył :).

  • Napisane przez ~Mariusz w dniu 30 czerwca 2013. Odpowiedz

    Ja tego Ala Mulocka nie kojarzę. Domyślam się, że Fulciego raczej nie byłoby stać na taką mocną ekipę, ale chętnie bym taki film obejrzał. W sumie to chętnie zobaczyłbym współczesną wersję „Siedmiu wspaniałych” z Michaelem Fassbenderem, Christianem Bale’em, Bradleyem Cooperem i paroma innymi świetnymi aktorami współczesnego kina.

  • Napisane przez ~Simply w dniu 30 czerwca 2013. Odpowiedz

    Kojarzysz, kojarzysz. Grał epizody u Sergia Leone ( ten, z trójki killerów na początku ,, Once Upon a Time…”, który ,,strzelał” kostkami od palców, a w TGTBTU na początku oberwał od Tuco w łapę i póżniej, bez ręki zaskoczył go w trakcie kąpieli ). Grał jeszcze mocne epizody w ,, I Giorni dell’ Ira” i ,,Hellbenders”. W 68 popełnił samobójstwo, skacząc z okna hotelu w kowbojskim stroju.
    Ze współczesnych, to na pewno widziałbym Vincenta Cassela, Toma Hardy’ego, Raya Winstone’a, Roberta Carlyle’a, może Gabriela Byrne’a i obowiązkowo Vinnie Jonesa. Statham raczej nie, bo jego jest już za dużo :D Z tych, co wymieniłeś, na pewno Bale się łapie.

  • Napisane przez ~Simply w dniu 30 czerwca 2013. Odpowiedz

    … a ze spaghetti-weteranów -Franco Nero i Fabio Testi, bardzo szlachetnie się starzeją i nadal wyglądają zajebiście, podobnie Mario Adorf.Tomas Milian wprawdzie wyłysiał, ale tez się całkiem spoko prezentuje ( mógłby byc Yulem Brynnerem :D ). Żaden z nich nie zdziadział.

  • Napisane przez ~Mariusz w dniu 1 lipca 2013. Odpowiedz

    Winstone, Carlyle i Byrne wydają mi się raczej za starzy ;) U Sturgesa wystąpili głównie młodzi, nieznani dotąd szerszej publiczności aktorzy, poza Brynnerem oczywiście, więc i w nowej widziałbym tych młodszych, ale już doświadczonych, by widz uwierzył że dadzą radę. Tom Hardy oczywiście się łapie, jak najbardziej. Stathama też bym chętnie zobaczył w westernie, dla niego byłaby to miła odmiana po tych licznych, podobnych do siebie, akcyjniakach. No i Matt Damon fajnie udawał teksański akcent w „True Grit”, więc też bym go obsadził.

    A teraz z innej beczki: wczoraj w jedynce można było obejrzeć western „Wóz pancerny” z 1967. Film oznaczony był jako premiera, co jest dziwne w przypadku tak starego filmu, ale faktycznie nigdy wcześniej nie widziałem go w telewizji. Jest to westernowa wersja heist movie, grupa pięciu delikwentów przygotowuje skok na opancerzony i uzbrojony wóz przewożący złoto. Plan przewiduje użycie nitrogliceryny, a specjalistą od materiałów wybuchowych okazuje się pijak, co stawia pod znakiem zapytania powodzenie misji. Na czele grupy John Wayne, towarzyszy mu Kirk Douglas – to chyba ich jedyny wspólny western. To chyba najlepszy film Burta Kennedy’ego (a przynajmniej najlepszy z tych, które ja widziałem). Jest humor, jest akcja, są meksykańskie lokalizacje, są Indianie, jest muzyka Dimitri Tiomkina (który rok później przeszedł na emeryturę), no i są gwiazdy westernu w szczytowej formie. Można obejrzeć, choć wiadomo że w tym okresie było sporo lepszych filmów tego gatunku.

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 1 lipca 2013. Odpowiedz

    „Wagon Train” leciał w zeszłym roku na TVN7 – wtedy go oglądałem. Rzeczywiście, całkiem fajny Western z typową rolą Wayna jak na tamten czas (grywał nie tylko szeryfów, ale też gości z przeszłością kryminalną, jak np. w „Synowie Katie Elder”). Nie pamiętam wszystkich szczegółów, ale fajna akcja ostatniej walki przy wozie, razem z wybuchami itd. Żałowałem, że jestem w rozjazdach, bo chiałem raz jeszcze to obejrzeć i może napisać notkę. Napewno warty obejrzenia film, nie ma co gadać.

  • Napisane przez ~Mariusz w dniu 1 lipca 2013. Odpowiedz

    Gwoli ścisłości – „The War Wagon” a nie „Wagon Train” ;)

  • Napisane przez ~Simply w dniu 1 lipca 2013. Odpowiedz

    Ładna mi premiera, ja to za dzieciaka jeszcze w tv widziałem. Ogólnie strasznie to przeciętne, jak, według mnie cały Burt Kennedy.Jedyne, co mi się jego podobało, to spaghetti western ,, Desertre” aka ,, Devil’s Backbone” z 71 , gdzie w obsadzie znależli się albański Jugol ,Bekim Fehmiu, John Huston i Chuck Connors. Ale oczywiście , dla zabicia czasu, tego ,, Panzerwagena ” obejrzec można . Jest tam jedna fajna scena :
    Douglas i Wayne stają do pojedynku z dwoma bandziorami, padają strzaly, bandziory jednocześnie walą się na glebę.
    Douglas : – Mój upadł pierwszy !
    Wayne: – Mój był wyższy… :D
    Winstone i Carlyle może nie są już tacy młodzi, ale mają energetyczny potencjał jak mało kto, a do tego wisielcze poczucie humoru. Jedno i drugie jest imo bardziej w cenie, niż młody wiek. To nawet byłby niegłupi patent, tak wymieszac ekipę : paru starszych i paru młodych w ambicjonalnej rywalizacji ; młodzi chcą się wykazac, starzy- udowodnic, że nadal są w formie. A jakie pole do popisu dla ciętych tekstów…
    Statham , żeby zaskoczyc i odreagowac swój schemat, mógłby przejąc rolę Roberta Vaughna : po jego wejściu każdy spodziewa się, że to będzie pierwszy twardziel ( jak zawsze ), a tu się okazuje, że gośc ma jakieś schizy, stany lękowe i ni chuja ! :D
    Damon odpada ; żadnych everymanów , tylko wyraziste typy. Ciężko , z tym castingiem ; co ktoś fajny do głowy przychodzi, to już faktycznie ma swoje lata. Z młodych, utalentowanych aktorów, niesamowite wrażenie zrobił na mnie Shaun Evans ( Anglik, rocznik 80). Widziałem go w horrorze ,, Dread” wg. Clive Barkera, był zajebisty.

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 1 lipca 2013. Odpowiedz

    Oczywiście „The War Wagon”, przepraszam.

  • Napisane przez ~Simply w dniu 3 lipca 2013. Odpowiedz

    Nekrolog:
    29 czerwca, w wieku 67 lat zmarł na raka Jim Kelly – czarnoskóry aktor-karateka, gwiazda kina blacksploitation – niezapomniany Williams z ,, Wejścia Smoka”. Ta rola dala początek jego efektownej karierze ( m.in ; ,,Black Belt Jones’ Roberta Clouse’a,, Black Samurai ” i ,, Death Dimnesion” Ala Adamsona )
    w 1975 r zagrał w napakowanym akcją blaxploiterskim euro westernie ,, Take a Hard Ride” Antonio Margheritiego, u boku Freda Williamsona, Lee Van Cleefa i Jima Browna.
    RIP

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 3 lipca 2013. Odpowiedz

    Charakterystyczny aktor, choć tego Westernu z nim nie widziałem.

  • Napisane przez ~Mariusz w dniu 8 lipca 2013. Odpowiedz

    Oglądał ktoś z Was „Śmierć rewolwerowca” (1969) z Widmarkiem? Ponoć w niedzielę był w telewizji, ale ja akurat oglądałem wtedy finał Wielkiego Szlema i przegapiłem ten film.

  • Napisane przez ~Simply w dniu 8 lipca 2013. Odpowiedz

    Widziałem to dawno temu i podobał mi się, z tego, co pamiętam. To jest pierwszy film Alana Smithee.

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 9 lipca 2013. Odpowiedz

    Ja tego filmu nie widziałem. Wogóle ostatnio w weekendy jestem zwykle poza domem i nie mam jak oglądać tego, co podsuwa tv, a było już kilka fajnych pozycji.

  • Napisane przez ~Mariusz w dniu 16 lipca 2013. Odpowiedz

    W ostatni weekend można było obejrzeć w TV „Był tu Willie Boy” (1969) Abrahama Polonskiego. Niestety, gdy włączyłem telewizor film już leciał od 30 minut, może dlatego nie udało mi się zaangażować w tę historię. Bo choć film zaliczany jest do westernów psychologicznych mnie wydał się stuprocentowo klasycznym filmem o pościgu za przestępcą z obowiązkowym motywem dyskryminacji Indian. Indianin ucieka na piechotę przez pustkowia, za nim wyrusza oddział pościgowy pod wodzą szeryfa, którego zagrał Robert Redford. Strzelaniny rozgrywane wśród skał, jak u Anthony’ego Manna, lecz akcja toczy się bez polotu, trudno przejąć się losem uciekającego Indianina, nie wzbudza on sympatii, tak samo zresztą jak i postać grana przez Redforda. To już wolę zdecydowanie „Wóz pancerny” :P
    A w poniedziałek trafiłem w telewizji przypadkiem na „Bonanzę” z gościnnym występem Lee Marvina (odc. „The Crucible”). Pernell Roberts wspiął się na wyżyny aktorstwa – jako Adam Cartwright zostaje okradziony przez dwóch zbirów, którzy zabierają mu nie tylko sporą sumkę pieniędzy, ale i konia, oraz zostawiają go na pewną śmierć na jakimś odludziu. Idąc w palącym słońcu przez pustkowia Adam spotyka Lee Marvina, który daję mu wody i coś do żarcia, a potem traktuje go jak zwierzę, każąc szukać złota i nie dając mu chwili wytchnienia. Końcówka odcinka mnie rozwaliła całkowicie ;)

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 16 lipca 2013. Odpowiedz

    Pernell Roberts był trochę takim niemrawym aktorem, ale w Bonanzie grał świetnie, zresztą jak wszyscy odtwórcy głównych ról. Tego filmu z Redfordem nie widziałem i żałuję, że weekendami nie przesiaduję teraz w domu, bo sporo ciekawych pozycji przemyka mi chyłkiem.
    Pozdrawiam.

  • Napisane przez ~Simply w dniu 16 lipca 2013. Odpowiedz

    Pernell Roberts, to jest taboret, a nie aktor. Jedyne, co mu wychodzi – i to nie zawsze – to nieintencjonalna śmiesznośc ,( jak się domyślam, pewnie tak było w tym odcinku ) W ,, Bonanzie” najlepszy i szczerze zabawny był Dan Blocker. Jak zmarł na raka – było po serialu. Próbowali jeszcze dalej ciągnąc na siłę, ale nikt już tego nie chciał oglądac ; bez Hossa nie ma imprezy.
    ,,Był tu Willie Boy” to film wyjątkowo żle wyreżyserowany – Polonsky miał niezbędne atuty :bardzo dobrą, dramatyczną story i niezłych aktorów (Blake, Redford,Ross ) – wszystko zmarnował. Myślę, ze w rękach zdolnego reżysera mógłby z tego powstac prawdziwy killer. W tym filmie uderzająco widac, jak intencje rozmijają się z wykonaniem. To jeden z bardziej dziadowskich westernów końca lat 60-tych, Polonsky wyszedł na partacza i dla tego nie zadałem sobie nigdy trudu, by dotrzec do innych jego filmów. Może błąd, ale autentycznie mnie do siebie zraził.

  • Napisane przez ~Simply w dniu 5 sierpnia 2013. Odpowiedz

    … i nowy nekrolog:
    31 lipca , w wieku 91 lat zmarł aktor Michael Ansara, Ten Amerykanin o syryjskich korzeniach w swoim czasie zdobył popularnośc rolą wodza Cochise’a w westernowym serialu ,, Złamana Strzała”, realizowanym w 2 połowie lat 50-tych ( jednym z jego scenarzystów i reżyserów był Sam Peckinpah ).
    Lwią częśc filmografii Ansary zajmują produkcje telewizyjne. Z jego innych ról westernowych, na wyróżnienie zasługuje główny czarny charakter w ‚ Guns of Magnificent Seven’ Paula Wendkosa, pojawił się tez w drugoplanowej roli w ‚The Comancheros’ Michaela Curtiza, u boku Lee Marvina i Johna Wayne’a.
    Zagral tez w dwoch horrorach Williama Gridlera – ‚ Day of the Animals’ i ‚Manitou’ (wg. Mastertona ). a także w ‚ It’s Alive’ Larry’ego Cohena.
    RIP

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 5 sierpnia 2013. Odpowiedz

    Tak, kojarzę tego aktora. Ze względu na swoją płaską twarz i nos bardzo często grał Indian. RIP…

  • Napisane przez ~Simply w dniu 27 września 2013. Odpowiedz

    kolejny nekrolog :

    Przekręcił się Twój blog.
    RIP

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 27 września 2013. Odpowiedz

    Nie prawda. Jest w stanie hibernacji. Technologia ta umożliwi przywrócenie go za jakiś czas do życia w lepszej formie niż inne blogi wokół (pominięcie efektu starzenia).

  • Napisane przez ~Simply w dniu 28 września 2013. Odpowiedz

    Chcesz przez to powiedziec, że zmartwychwstanie na Wielkanoc ?

  • Napisane przez ~Westerny w dniu 28 września 2013. Odpowiedz

    Myślę, że jeszcze przed Bożym Narodzeniem :).

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze




  • RSS