{ksywa}.blog

Jonah Hex

11 marca 2012 ", ", 89 komentarzy

    Jakiś czas temu wspominałem, że lubię steampunk pod każdą postacią.   Zarówno książki, jak i filmy czy komiksy dziejące się w epoce Wiktoriańskiej i opowiadające losy tajemniczych gentelmanów, posługujących się niezwykłymi wynalazkami.  Jako że rewolucja przemysłowa ogarnęła nie tylko dziewiętnastowieczną Europę, ale i Stany Zjednoczone, także Western doczekał się kilku ciekawych hybryd nawiązujących do parowego nurtu.  Najlepsze przykłady westernowego steampunku, to „Bardzo Dziki Zachód” i „Powrót do Przyszłości 3”, filmy, które mi się podobały i sprawiły, że gdy tylko na horyzoncie pojawia się kolejny film tego gatunku to chętnie po niego sięgam.

    Jonah Hex został nakręcony w 2010r., a jego reżyserem jest Jimmy Hayward.  Jest to filmowa adaptacja bardzo ciekawego komiksu DC Comics o tym samym tytule, stworzonego przez scenarzystę Johna Albano i rysownika Tony DeZuniga.  Jeśli chodzi o reżysera, to nie widziałem osobiście żadnego innego jego filmu, mniemam więc, że powierzono mu ekranizację komiksu w celu sprawdzenia talentów reżyserskich, a nie w nadziei na stworzenie bangera na miarę „Sin City” czy „300″.  Jak wyszło?

    No cóż, są plusy i minusy, ale ogólnie film mi się podobał, bo lubię takie klimaty.  Naczytałem się jednak masę negatywnych komentarzy o filmie i, choć rzeczywiście nie brak w nim mankamentów, wydaje mi się, że wielu ludzi po prostu tego filmu nie czuje, a na dodatek nigdy nie miało okazji do przeczytania którejś z części komiksu.  Postaram się powiedzieć kilka słów o filmie wymieniając zarówno jego pozytywy jak i negatywy.

    Głównym bohaterem jest Jonah Hex (Josh Brolin), były konfederacki żołnierz, mściciel i łowca głów.  Jednak zanim zaczął tropić złoczyńców, był podkomendnym generała Quentina Turnbulla (John Malkovich) w czasie Wojny Domowej.  Podczas pewnej akcji, kierując się własnym kodeksem honoru, nie wykonał rozkazu i przyczynił się do śmierci Jeba – swojego przyjaciela, a zarazem jedynego syna Turnbulla.  Generał obwiniając Hexa o śmierć syna, mści się, mordując jego rodzinę.  Samemu Hex’owi wypala na twarzy piętno i zostawia go na śmierć.  Ten, uratowany przez Indian, unika śmierci i nabywa tajemniczą umiejętność rozmawiania z nieboszczykami.  Rusza tropem generała, jednak tamten ginie w pożarze zanim Hex’owi udaje się go dopaść.  Aby rozładować żal i złość zostaje łowcą głów, a tajemnicze umiejętności i nowatorska broń pomagają mu rozprawiać się z kolejnymi zastępami złoczyńców.  Pewnego dnia okazuje się, że Turnbull wcale nie umarł. Upozorował tylko swoją śmierć i za pomocą tajnej, niszczycielskiej broni oraz grupy lojalnych renegatów, planuje obalić zwycięską Unię i rząd USA.  Prezydent Stanów Zjednoczonych nakazuje odszukać jedynego człowieka, który może go powstrzymać – Jonah Hex’a…

    No właśnie, to tylko wstęp do historii opisanej w filmie.  I to jest największy mankament – fabuła galopuje jak konie appaloosa i czasem kolejne sceny są zupełnie oderwane od ciągu przyczynowo-wydarzeniowego.  Widać, że pisząc scenariusz, autorzy chcieli umieścić jak najwięcej faktów o głównym bohaterze z komiksowej historii.  Ja bym z tego zrobił dwa filmy.  Jeden o historii Johna Hex, drugi o tym, jak ratuje on USA przed wielkim spiskiem Konfederatów.  Do minusów dołożę też kilka głupich zachowań bohaterów.  Np. gdy Burke rani Hexa i ma możliwość go wykończyć, odwraca się by wyciągnąć palący się dynamit.  No ja, jak bym walczył z tak piekielnie ciężkim przeciwnikiem jak Jonah Hex, i miałbym go na widelcu, to bym strzelał aż do wykończenia magazynku, a nie odwracał się do niego plecami.  No ale to już taka specyfika filmów akcji – w końcu główny bohater musi przeżyć :).

    Galopująca akcja ma swoje dobre strony – nie nudzi się, film zlatuje raz dwa i wręcz czuje się niedosyt w momencie, gdy zaczynają lecieć końcowe napisy.  A właśnie, napisy i muzyka!  Muzyka jest świetna i naprawdę klimatyczna.  Takie połączenie heavy metalu z indiańskimi, okultystycznymi rytmami i przyśpiewkami konfederackich zdrajców, wszystko w nowoczesnym stylu – miód. Dobra rada – nie wyłączajcie filmu w trakcie napisów końcowych, tylko doczekajcie do końca i wysłuchajcie wszystkich utworów.  Na końcu jest rewelacyjny marsz konfederacki „The Good Old Rebel”, który powalił mnie na kolana i stał się jedną z moich ulubionych quasi-westernowych piosenek :).

    Aktorstwo stoi na średnim poziomie.  Sam nie wiem dlaczego dotychczas nie przepadałem za Brolinem, a za ostatnią jego udaną kreację uważałem „The Goonis” (ale to chyba dlatego, że zwykle gra nierozgarniętych i niemiłych typów).  Ale do roli Jonah Hex pasuje idealnie i gra wybornie, kreując postać ściganego listem gończym antybohatera.  Parszywego i sympatycznego zarazem.   Podobnie jest z seksowną Megan Fox, która jak na swoje możliwości jest ok – bardzo wiarygodnie wypadła w roli prostytutki, przyjaciółki głównego bohatera.  Twórcy zaskoczyli mnie obsadzając Malkovicha w roli Generała Turnbulla, ale i on wypadł przyzwoicie i złowieszczo.  W oczy rzuca się jeszcze Michael Fassbender w roli psychopatycznego zabójcy i prawej ręki generała – nie jest to jednak jego najlepsza rola.  Reszta aktorów stanowi tło dla głównej czwórki, ale grają więcej niż poprawnie.

    Jednak największym plusem filmu jest klimat i tutaj twórcy trafili idealnie w moje gusta.  Prywatna armia konfederackich renegatów, spiskująca w celu uwolnienia Południa spod panowania USA, już po zakończeniu Wojny Secesyjnej.  Tajemnicze wynalazki i dziwna broń z czasów rewolucji przemysłowej.  Wielki kontynentalny spisek mający na celu zniszczenie Kapitolu i obalenie rządu.  Indiańskie rytuały z pogranicza życia i śmierci, strzelaniny, wybuchy, mroczne cmentarzyska, na których nawet trupy nie mogą się spokojnie wyspać.  No i taki ulatujący z wiatrem sentyment plantatorów bawełny i posiadaczy ziemskich do dumnych czasów kolonialnych, starego dobrego Południa.

    Sumując recenzję dodam, że ja takich filmów wypatruję z ogromną niecierpliwością.  W sumie trzeba było czekać jedenaście lat od momentu, gdy powstał „Bardzo Dziki Zachód”, a na następny zapewne poczekam kolejną dekadę, no chyba, że Warner Bros pójdzie za ciosem i wypuści sequel, albo prequel.   Film raczej nie spodoba się miłośnikom typowych Westernów, bo typowy nie jest.  Tak jak ocierający się o steampunk „Sherlock Holmes” nie spodobał się miłośnikom melonika i lupy spod znaku Doyle’a, a nowi „Trzej Muszkieterowie” miłośnikom Dumasa.  Myślę, że spodoba się tym, co lubią filmy akcji, z dużą dawką efektów specjalnych.  Jest to męskie kino, ale nie nazbyt brutalne, dotego z zepsutym scenariuszem, ale ze świetną muzyką,jedną z lepszych jakie ostatnio słyszałem.  Połączenie Westernu i Fantastyki.  Połączenie „Django” i „Wild, Wild West” czyli mówiąc krótko Amerykański Steampunk…


Inne

, , , , , , ,

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 4 maja 2012. Odpowiedz

    Zgadzam się co do tego, że dwa ostatnie filmy Sturgesa („McQ” i „Orzeł wylądował”) są lepsze, natomiast wcześniej Sturges miał jakby słabszy okres. Niezbyt mi się podobały jego filmy z lat 1968-73, ale z tego okresu „Joe Kidd” jest jednak moim zdaniem najlepszy.

  • Napisane przez Simply w dniu 4 maja 2012. Odpowiedz

    Z tych lat, to chyba tylko widziałem ,,Konie Valdeza”, euro-western z Bronsonem; taki familijny filmik dla dzieci, ani zły, ani dobry.
    Natomiast jak chodzi o okres w karierze Eastwooda między Leone, a ,,Mścicielem”, miał Clint farta, że trafił na tak dobrego reżysera, jak Don Siegel. I to z nim zrobił najciekawsze rzeczy w tamtym czasie.
    Zwłaszcza na jeden tytuł chciałbym zwrócic tu uwagę: ,,Oszukany” ( Beguiled) z 1971. Mimo, iż figuruje w niektórych westernowych antologiach i zachowuje czas i miejsce akcji, westernem de facto nie jest. Rzecz dzieje się podczas Wojny Secesyjnej. Zbierająca grzyby w lesie dziewczynka znajduje w krzakach rannego i nieprzytomnego żołnierza Unii. Wlecze go do … ukrytej w głuszy pensji dla dziewcząt, skąd też przybyła. Pojawienie się mężczyzny w zamieszkałej przez same kobiety posesji wywołuje szok i przerażenie. Postanawiają jednak zaopiekowac się nim i opatrzyc pocharataną nogę.Wojak dochodzi do siebie. Wykąpany, ogolony i przebrany w świeże ciuchy sprawia, że początkowy lęk pensjonarek przed dekonspiracją ich azylum ustępuje miejsca niepohamowanemu tsunami hormonów. Cztery kobiety tracą dla niego głowę, każda ulega innego rodzaju namiętności: Surowa dyrektorka w wieku grubo post balzakowskim pragnie go z żądzy posiadania dyktowanej pozycją przewodniczki stada. Jedna z nauczycielek,zbliżająca się do 30-tki młoda-stara panna o twarzy urodzonej cierpiętnicy, zakochuje się idealistycznie i marzy o małżeństwie. Wyuzdana nastolatka, o jędrnym zmysłowym ciele chce się dupczyc na potęgę, a dziewczynka, która go znalazła, obdarza go czystym, nieuświadomionym uczuciem dziecka. Nasz bohater pewny swej przewagi, bez skrupułów uwodzi trzy pierwsze, wciskając im stosowny kit ( czyli dokładnie to, co każda chce usłyszec). Wszystko się szybko wydaje, a zraniona kobieca duma także i w tym wypadku nie zazna litości : koniec naszego bohatera będzie tragiczny i żałosny.
    ,,Oszukany” to film nietypowy tak dla Eastwooda, jak dla Siegela, którego wszechstronnośc zawsze budziła mój nieskrywany podziw.To ponura, bliska horroru kameralna psychodrama z wojną w dalekim tle, emanująca wspaniałym, gotyckim klimatem przywołującym na myśl filmy wczesnego Mario Bavy , a także powieści Nathaniela Hawthorne’a i Sheridana LeFanu. Do tego film jest cudownie politycznie niepoprawny, naładowany końską dawką mizoginizmu, który wprost wylewa się z ekranu! To se nevrati… Jasne, że oglądac!

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 4 maja 2012. Odpowiedz

    Akurat „Oszukanego” nie widziałem. Oglądałem wszystkie inne filmy Siegela z Eastwoodem (najlepszy z nich to chyba „Ucieczka z Alcatraz”), ale „Beguiled” jeszcze przede mną. Na pewno obejrzę jak nadarzy się okazja, może mi się spodobać, inne filmy tego duetu z przełomu lat 60-tych i 70-tych uważam za udane (szczególnie „Muły siostry Sary”).
    Wspomniałeś o klimacie filmów Mario Bavy, więc dodam, że jego wczesne filmy nadal są dla mnie nieznane, ale widziałem niedawno „Rabid Dogs”, no i niestety ten film mi się nie podobał, cały czas jechali i nic ciekawego się nie wydarzyło :)

  • Napisane przez Simply w dniu 4 maja 2012. Odpowiedz

    Ja tam się na ,,Rabid Dogs” nie nudziłem ani przez moment, akcja cały czas w ,,puszce Faradaya” wcale mi nie przeszkadzała. Zwyrolski klimat tego filmu jest jedyny w swoim rodzaju, że o końcowym twiście nie wspomnę; to było tak cyniczne, że aż śmieszne.
    A Don Siegel, to przefajna, jasna postac w panteonie amerykańskich filmowców. Słynął ponoc z tego, że świetnie dogadywał się z aktorami uchodzącymi za ,,trudnych”( McQueen, Mitchum). Clint akurat z reguły nie odwalał fanaberii na planie, dlatego współpraca zaowocowała aż pięcioma dobrymi filmami. ,,Muły…” miał kręcic Bud Boetticher, i dobrze, że to jednak nie był on. To dla mnie najlepszy western z tego ,,przejściowego” Eastwooda, z naszpikowanym psychodelicznymi dżwiękami tematem muzycznym Morricone. Z innych filmów Siegela bardzo lubię ,,Charleya Varricka” z Walterem Matthau, Joe Don Bakerem i Andy Robinsonem, na którego wchodziłem do kina na gapę w wieku 10 lat ( bo był od 18 i pani mnie nie wpuściła). U Siegela zaczynał, jako asystent, Sam Peckinpah.

  • Napisane przez Westerny w dniu 7 maja 2012. Odpowiedz

    No u mnie ciężko z chwilą wolnego czasu, a im cieplej tym w mojej branży więcej roboty i do końca wakacji ten trend się nie zmieni. Ja jeszcze nie widziałem „Joe Kidda”, a ponieważ jest to film Sturgesa, bardzo chciałbym go zobaczyć. Z wymienionych przez was filmów najbardziej zaintrygował mnie opisany przez Simply’ego „Oszukany”. Uwielbiam filmy z Wojną Secesyjną w tle, a fabuła brzmi ciekawie, tak więc będę się starał go obejrzeć…

  • Napisane przez Simply w dniu 16 maja 2012. Odpowiedz

    Ostatnio obejrzane:,,Łowcy Skalpów”reż. Sydney Pollack 1968.
    Rzecz traktuje o perypetiach trapera imieniem Joe Bass, na którym Indianie Kiowa wymusili mało intratny dla jego interesów deal: odebrali mu transport skór ( urobek całego sezonu) dając w zamian związanego murzyna imieniem Joseph Lee. Joe zabiera go ze sobą, bardziej z braku jakiegokolwiek towarzystwa.
    Obaj wydają się pochodzic z odmiennych światów: Joe to prosty ,,mountain man”, dla którego sztuka przetrwania w dziczy nie ma tajemnic. Jego cała wiedza ma charakter czysto empiryczny, nie przeszkadza mu chocby to, że jest analfabetą. Joseph Lee to z kolei osobnik gruntownie wykształcony, oczytany posługujący się wykwintnym słowem. Za to w terenie kompletnie bezradny, zdany na łaskę trapera. Joe traktuje go dobrze, ale z demonstracyjnym poczuciem wyższości, szydząc z bezużytecznej jego zdaniem erudycji.
    Skóry Joe Bassa staną się kolejno łupem bandy łowców skalpów, w których łapy wpada też przypadkiem Joseph Lee. I tu okaże się on człowiekiem nie tylko wyedukowanym, ale i niebywale inteligentnym, wkradając się w łaski francowatej narzeczonej szefa, czym zdecydowanie poprawia swe beznadziejne z pozoru położenie. Joe chcąc za wszelką cenę odzyskac swoją własnośc, podąża szlakiem łowców licząc, że Joseph w stosownym momencie pomoże mu w akcji. Ten jednak, dowiedziawszy się, że banda zmierza do Meksyku, postanawia trzymac jej stronę – Meksyk, gdzie nie ma niewolnictwa, był jego marzeniem od zawsze. Zaistniały konflikt interesów między protagonistami doprowadzi do wielu nieoczekiwanych wypadków.
    Owoc pierwszego wypadu Pollacka na Dziki Zachód to znakomity, bardzo inteligentny western komediowy, łączący wigor i dowcip godny Hawksa z ironiczną wiwisekcją ludzkiej pazerności i walki o swoje, rodem ze spaghetti westernów. Jednak w ujęciu cieplejszym , bez typowego dla westernów all’italiana ostentacyjnego cynizmu. Sydney Pollack zawsze uchodził za reżysera świetnie pracującego z aktorami i ten film potwierdza tę opinię z nawiązką. Burt Lancaster (Joe), Ossie Davis (Joseph Lee) Telly Savalas ( szef bandy Jim Howie) i Shelley Winters( Kate, kobieta Howiego) zagrali koncertowo.
    Film ma świetne tempo i obfituje w zaskakujące twisty, do tego przepełniony jest swego rodzaju pogodnym optymizmem, który praktycznie obumarł wraz z końcem ery westernu klasycznego. Kolejna i ostatnia wyprawa Sidneya Pollacka na Dziki Zachód będzie równie udana ( ,,Jeremiah Johnson”). Odpuściwszy sobie westerny Pollack zmierzy się z formułą współczesnego kina sensacyjnego, z czym także nie miał uprzednio do czynienia i gdzie również odniesie sukces ( ,,Trzy Dni Kondora” , ,,Yakuza”).

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 17 maja 2012. Odpowiedz

    Kiedyś widziałem ten film na niemieckiej telewizji i jedyne co z niego pamiętam to scenę pojedynku na pięści pomiędzy Lancasterem i Davisem. W pewnym momencie tej walki trudno było rozpoznać, kto z nich jest Murzynem :) Tak więc to dla mnie film, który należy sobie przypomnieć. Z filmów Pollacka te, które wymieniłeś zarówno sensacyjne jak i „Jeremiah” bardzo mi się podobały. Uważam, że Pollack nie sprawdził się jedynie w kinie wojennym, bo „Obrona zamku” z Lancasterem jest według mnie przeciętna, niezbyt interesująca.

  • Napisane przez Simply w dniu 17 maja 2012. Odpowiedz

    Dokładnie. Obydwaj w pewnym momencie wpadli do sadzawki i upierdolili się od stóp do głów.
    Nawet Ossie Davis wyglądał bardziej na białego, niż Lancaster, bo wysychająca skorupa błota na jego twarzy miała dużo jaśniejszy odcień, niż jego przyrodzony pigment. Swoją drogą wielki szacun dla Burta, który mając prawie 60 lat nie wyręczał się kaskaderem, młócił, ja wściekły i zaliczał spektakularne upadki w walce z gościem dwa razy od siebie młodszym.
    Tej ,,Obrony zamku” nie widziałem, ale spotkałem się już z opiniami, że to strasznie nudny film. Ja bym sobie ,,Yakuzę” z chęcią przypomniał. Tam gra Ken Takakura – taki japoński Bronson na tamte czasy. W połowie lat 70-tych szły w Polsce w kinach dwa filmy z nim: katastroficzny ,,Superekspres w Niebezpieczeństwie”reż. Kinji Fukasaku – ten od ,,Battle Royal” i ,,Gorące Polowanie” – japoński klon ,,Ściganego” – pamiętam, ze mi się niesamowicie podobał. Koleś jeszcze w ,,Black Rain” Ridleya Scotta wystąpił.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 17 maja 2012. Odpowiedz

    Zanim poznałem Lancastera jako utalentowanego aktora kojarzyłem go jako kaskadera wykonującego cyrkowe akrobacje w filmach przygodowych „Płomień i strzała” oraz „Karmazynowy pirat”. Mimo że później nie grał już w tego typu produkcjach, przerzucając się na westerny to nadal udowadniał, że jest aktorem sprawnym fizycznie i nie potrzebuje pomocy kaskaderów.
    Kena Takakurę kojarzę najbardziej z „Black Rain”, no i z „Yakuzy” właśnie. Niestety nie widziałem japońskich filmów o yakuzie, dlatego film Pollacka zrobił na mnie wrażenie, był dla mnie czymś zupełnie nowym. No i też muszę go sobie przypomnieć, bo najbardziej pamiętam scenę, w której Robert Mitchum obciął sobie palca i z tego co mi wiadomo, to chyba każdy porządny film o yakuzie nie może się obejść bez takiej sceny. Bo obcięcie palca jako znak przeprosin to jeden z ważniejszych zwyczajów w świecie japońskiej mafii :)

  • Napisane przez Simply w dniu 17 maja 2012. Odpowiedz

    …no to musisz kojarzyc takiego typa, jak Nick Cravat. On gra też epizoid w ,, Łowcach Skalpów”( jako jeden z bandy), ale to mu chyba Lancaster załatwił po starej znajomości.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 18 maja 2012. Odpowiedz

    Tak, kojarzę, w obu tych filmach, które wymieniłem zagrał niemowę.

  • Napisane przez Simply w dniu 18 maja 2012. Odpowiedz

    @Peckinpach
    Tak przy okazji: pamiętam, jak kiedyś wspominałeś,że jesteś fanem filmów o piratach. A widziałeś ,,The Light at the End of the World” Kevina Billingtona z 1972? Jest na You Tube. Najlepszy film z piratami, jaki kiedykolwiek powstał, swobodna adaptacja powieści Julesa Verne’a. Tak okrutnych piratów jezcze w żadnym filmie nie było, ich szefa gra Yul Brynner, a czoła stawia mu Kirk Douglas. Oglądaj i wal reckę na bloga.

  • Napisane przez Westerny w dniu 19 maja 2012. Odpowiedz

    Witajcie. Co do „Łowcy Skalpów” to oglądałem film dawno, gdy byłem jeszcze dzieckiem. W pamięci utkwiło mi kilka zabawnych scen, np. jak głowni bohaterowie się tłukli, próbując udowodnić sobie racje. Pamiętam, że murzyn w pewnym momencie chciał uciec na koniu, ale koń był wytresowany i po gwizdnięciu stawał jak wryty, co skończyło się upadkiem murzyna. A potem murzyn się zrewanżował tym samym białemu :). O ile to ten film…

  • Napisane przez Westerny w dniu 19 maja 2012. Odpowiedz

    @Simply, byliśmy wczoraj z dziewczyną na Rec3 w kinie. Dużo słabszy od pierwszych dwóch części, pieniądze wyrzucone w błoto :(. Razi brakiem realizmu, który był np. wielkim plusem pierwszej części. Sposób kręcenia też już jest bardziej komercyjny (tylko część akcji widzimy oczami kamery bohaterów), co sprawia, że awangardowy hiszpański patent staje się szeregowym, sztampowym filmem o zombie. Ludzie w kinie wciąż chichotali zamiast się bać…

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 19 maja 2012. Odpowiedz

    @ Simply:
    Nie tylko nie widziałem tego filmu Billingtona, ale nawet o nim nie słyszałem. Na pewno obejrzę, choć co do recki to nie jestem pewien, czy napiszę :) Na razie moim ulubionym filmem o piratach jest „Czarny korsarz” (1976) Sergia Sollimy.

  • Napisane przez Simply w dniu 19 maja 2012. Odpowiedz

    Tak, numer z koniem, to z ,,Łowców Skalpów”. To w ogóle bardzo błyskotliwy film z jajem, jak nie lubię westernów komediowych, tak tu miałem ubaw po pachy. Do tego parę niezłych tekstów – ,,Ty to jesteś tak mądry, że nawet z chlewa wyszedłbyś jako świński wiceprezydent”.
    ,,Rec.”, to tylko jedynkę widziałem, o dwójce słyszałem, że daje rady. Ale z tą awangardą, to trochę przesadziłeś, podgatunek tzw. mockumentary ( zapis z zaginionych taśm, trzęsąca się ,,cyfra”) zapoczątkował ,,Blair Witch Project” z 1999. A sam patent, to się jeszcze z ,,Cannibal Holocaust” 1980 wywodzi. Ale nie istotne, ważne jest, czy ktoś potrafi coś ciekawego w danej konwencji pokazac. Pierwszy ,,Rec.” był całkiem zacny, zwłaszcza w kinie, gdzie oprócz feerii nieskoordynowanych obrazów atakowała cię opętana kakofonia wrzasków. I wprowadzili do panteonu straszydeł świeży powiew – rozcapirzone, obleśne, stare babsko, które atakując dostaje ostrego speeda. Takie coś było też w ,,Drag Me To Hell” Raimiego z tego okresu, ale nie pamiętam, który film był wcześniej. Z nowych horrorów bardzo dobre recenzje zbiera ,,Cabin in the Woods”, ale ma to byc raczej inteligentny pastisz, niż horror na serio. A ja sobie dziś zapodam najnowszy film Jaume Balaguero, twórcy pierwszego ,,REC.” – ,,Śpij mocno”. Nie horror, a kameralny, ponury thriller. W tym Hiszpanie są ostatnio bardzo dobrzy.

  • Napisane przez Simply w dniu 19 maja 2012. Odpowiedz

    @Peckinpah:
    …bo prawie nikt o tym filmie nie słyszał. ,,Czarny Korsarz” jest bardzo fajny, ale to taki romantyczny film płaszcza i szpady, z pięknymi pejzażami, uroczą muzą i duchem wielkiej przygody. Nic z tego nie znajdziesz w ,,Latarni na Końcu Świata”: Tu piraci nie są bandą malowniczych awanturników: to żądne krwi nieludzkie rezuny, film jest realistyczny i odziera konwencję z resztek romantyzmu. Ale ma hipnotyczny klimat, Yula Brynnera, survivalową akcję,dobre napięcie i odbijają się w nim echa kina eksploatacji i lekkiej, nie przeszarżowanej psychodelii, która przeniknęła wiele gatunków kina we wczesnych 70-tych. Must see, right now!

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 19 maja 2012. Odpowiedz

    Filmy o piratach to dla mnie były zawsze filmy przygodowe, a od tego gatunku nigdy nie oczekiwałem realizmu czy brutalności. „Czarny korsarz” ma właśnie wszystko to, czego oczekuję od tego typu kina (może jedynie humoru w nim zabrakło). Oczywiście chętnie zobaczę też coś innego, dlatego jestem ciekaw tej produkcji z Yulem Brynnerem. Ale te zalety, które sprawdziłyby się w survivalowym thrillerze niekoniecznie mogą mi się spodobać w filmie o piratach :) Na przykład westerny Roberta Altmana (albo „Przełomy Missouri” Penna), które „odzierały konwencję z resztek romantyzmu” nie przypadły mi do gustu.

  • Napisane przez Simply w dniu 19 maja 2012. Odpowiedz

    Za ,,Przełomy Missouri” to jestem się skłonny pojedynkowac:) Uwielbiam ten film , podobnie ,,McCabe’a” Altmana, który ma w sobie taki brudny, nie sentymentalny liryzm. Te dwa filmy i ,,Culpepper Cattle Company” Dicka Richardsa uważam za trzy najbardziej realistyczne westerny wszechczasów. Tak musiał wyglądac prawdziwy Dziki Zachód, tam nie było miodu;)
    A ,,Latarnia…” , prócz tego wszystkiego, co napisałem, posiada wszystkie elementy, jakich oczekuje się od kina przygodowego.

  • Napisane przez Westerny w dniu 20 maja 2012. Odpowiedz

    Dziś TV7 znów puszczało „Naked Spur”. Ten film zawsze mi się świetnie ogląda…

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 20 maja 2012. Odpowiedz

    Mnie też. Wielokrotnie już go widziałem, chociaż nie dzisiaj.
    Oglądałem ostatnio polecany przez Simply’ego film o piratach pt. „Latarnia na końcu świata” i nawet trochę elementów westernu się w nim znalazło. W krótkich retrospekcjach pokazano gorączkę złota na Dzikim Zachodzie i pojedynek rewolwerowy w saloonie, więc tytuł równie dobrze mógłby brzmieć „Kowboj i piraci” :) Film mi się podobał, ale więcej o nim napiszę wkrótce u siebie :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 27 maja 2012. Odpowiedz

    Dzisiaj znowu „Synowie szeryfa”, no chyba mnie krew zaleje ;).

  • Napisane przez Simply w dniu 27 maja 2012. Odpowiedz

    Zasyłam parę parę tytułów, które wybrałem, mając na uwadze określone przez Ciebie preferencje, jak i potencjalną dostępnośc ( empik,krajowa sprzedaż wysyłkowa, wypożyczalnie). Pierwsza czwórka, to pozycje z kategorii ,,absolutely must see”.
    - ,,INSIDE” reż. Alexandre Bustillo & Julien Maury 2007
    Bezkompromisowe, skąpane we krwi arcydzieło. Śmierc i zniszczenie sieje cesarzowa francuskiej Nowej Fali Okrucieństwa – Beatrice Dalle. Inni charyzmatyczni psychole mogą co najwyżej wypic wodę z wanny, w której się kąpała.
    - ,,I SAW THE DEVIL” reż. Kim Jee Won 2010
    Tu będzie wyjątek, gdyż jest to film koreański. W tym wypadku uprzedzenia nie powinny dojśc do głosu, bo jest to film oszałamiająco genialny, którego po prostu wstyd nie znac. Nowe słowo w temacie kina zemsty. Seryjny morderca zostaje namierzony przez męża jednej z ofiar ( agenta służb specjalnych), który zamienia jego życie w piekło na ziemi.Ultra gore. Film zbanowany w Korei Pd.
    - ,,ILS”( Oni) reż. David Moreau & Xavier Paloud 2006
    W zasadzie bezkrwawy, ale w moim odczuciu, najbardziej trzymający w napięciu film poprzedniej dekady.
    - ,,BLOOD RIVER” reż. Adam Mason 200-nie pamiętam:)
    Kameralny, umiejscowiony w malowniczo-upiornej scenerii zabitego dechami amerykańskiego Południa dramat, przywołujący na myśl ,,Autostopowicza”. Film par excellence niepokojący, nie wolny od diabelskich podtekstów – czste ZŁo, jako odwieczny wędrowiec, który zna twoje najmroczniejsze sekrety.
    - WOLF CREEK” reż. Greg McLean 2005.
    Australijski slasher rozgrywający sie w obłędnie sfotografowanych plenerach. John Jarrat w roli killera = gwarantowana bezsennośc. Reżyser poszedł za ciosem i jego kolejne dzieło – animal terror ,,Rogue” umiejscowił w jeszcze obłędniej ukazanaj scenerii.
    ,,STAKE LAND” reż. Jim Mickle 2010.
    Post apokaliptyczna podróż przez zdewastowany świat pod grożbą ataków hord zainfekowanych kanibali. Dużo lepsze, niż okrzyczany ,,The Road”.
    - ,,SESSION 9” reż. Brad Anderson 2001
    Brygada remontowa zdziera azbest ze ścian w opuszczonym post wiktoriańskim kompleksie, gdzie ongiś mieścił się szpital psychiatryczny( że owiany złą sławą, to oczywiste) Pełne niedomówień, znakomite kino atmosfery, po którym się bałem – a to mi się już prawie nie zdarza.
    - ,,HAUTE TENSION” reż. Alexandre Aja 2003
    Kolejny Francuz.Film, który przyniósł sławę i pieniądze póżniejszemu twórcy remake’u ,,Hills have Eyes”.
    Sprawnie zrealizowany, mocny slasher, z wyjątkowo odrażającym seryjnym killerem. Finałowy twist tego filmu skutecznie podzielił audytorium.
    - ,,CALVAIRE” reż. Fabrice Du Welz 2004
    I jeszcze jeden Francuz. Drugorzędny aktor podróżujący po Francji ze swoim programem artystycznym trafia do jakiejś kompletnie zapyziałej dziury na prowincji… której już nie dane mu będzie opuścic. Jeden z bardziej oryginalnych fabularnie horrorów ostatnich lat. Mocny i wyjątkowo angażujący widza.
    Na koniec po trzy tytuły włoskich mistrzów, których absolutnie trzeba znac, bo takich horrorów się juz nie kręci.
    Dario Argento – ,,PROFONDO ROSSO” 1975, ,,SUSPIRIA” 1977 ,,INFERNO” 1980
    Lucio Fulci – ,,The BEYOND”1981 ,,ZOMBIE FLESH EATERS” 1979 ,,NEW YORK RIPPER” 1983.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 27 maja 2012. Odpowiedz

    Ja z horrorami nie jestem na bieżąco, wiele nowych tytułów kojarzę tylko ze słyszenia. No i z wymienionych przez Simply’ego horrorów oglądałem, ale dawno temu, filmy Argento i Fulciego. Nie widziałem jeszcze „Inferno”, ale „Profondo rosso”, Suspiria oraz te trzy filmy Fulciego to dla mnie prawdziwe perełki. Podobały mi się również trzy filmy Argento z lat 80-tych: „Tenebre”, „Phenomena” i „Opera”. A skoro jestem przy latach 80-tych to dodam, że moje ulubione horrory z tego okresu to „The Thing” Carpentera i „Hellraiser” Barkera, ale to są tak znane filmy, że na pewno każdy fan horroru doskonale je zna.
    No i jeśli mowa o horrorach to nie mogę zapomnieć o Wielkiej Trójce z lat 70-tych: „Egzorcysta”, „Carrie” i „Omen”.
    A jeśli chodzi o filmy grozy z XXI wieku to najmocniej zapadły mi w pamięć „Inni” z Nicole Kidman oraz „Eden Lake” z Fassbenderem (pewnie już kiedyś o tym pisałem). Oba filmy są bardzo różne, bo straszą za pomocą różnych metod, pierwszy za pomocą odpowiedniego klimatu, drugi za pomocą krwawych momentów :)

  • Napisane przez Simply w dniu 27 maja 2012. Odpowiedz

    Ja bym mógł tu całe mnóstwo wybitnych tytułów zarzucic, ale to miał byc tylko taki zgrabny pakiet z nowszymi rzeczami, w miarę dostępnymi.
    Wymienione filmy Argento i Fulciego, to taki zestaw obowiązkowy dla kogoś, kto się jeszcze z ich twórczością nie zetknął. Zawsze lepiej zacząc przygodę z jakimś autorem ( gatunkiem, stylem, itp) od rzeczy najwybitniejszych,by potem już siłą rzeczy chciec poznac pozostałe.
    Do klasyki lat 80-tych, to bym obowiązkowo dorzucił jedynkę i dwójkę,,Evil Dead” Sama Raimiego i ,,Maniaca” Williama Lustiga z arcyobleśnym Joe Spinellem w roli tytułowej. Jak się dowiedziałem, że ostatnio powstał remake, gdzie za Spinella robi Elijah Wood( sic!!!) to uznałem, że kogoś musiało na prawdę ostro pojebac. To już kurwa przestaje byc śmieszne, do chuja złego!
    A do reprezentacji arcydzieł filmowej grozy lat 70-tych ( moja ulubiona dekada), dodałbym angielskie ,,Nie Oglądaj Się Teraz” Nicholasa Roega i ,,Wiklinowego Człowieka”Robina Hardy’ego. Ten drugi też doczekał się remake’u, którego radzę unikac, jak ognia.

  • Napisane przez Westerny w dniu 27 maja 2012. Odpowiedz

    Dzięki, Simply. „Blood River” i „Wolf Creek” widziałem. Szczególnie ten drugi mi się podobał, dobry surwiwal na australijskiej pustyni. Z kolei moim ulubionym rodzajem filmu grozy są horrory post-apo i sf, więc na pewno ten „Stake Land” muszę obowiązkowo odnaleźć…

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 29 maja 2012. Odpowiedz

    Ta dyskusja o horrorach sprawiła, że postanowiłem przypomnieć sobie pięć filmów Dario Argento z lat 1975-87. Po obejrzeniu tych filmów mogę stwierdzić, że najbardziej podobała mi się „Suspiria”, zaś najmniej, co pewnie dla Simply’ego będzie zaskoczeniem – „Profondo rosso” :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 29 maja 2012. Odpowiedz

    A ja kurcze jestem niepocieszony, bo właśnie wracam z Saturna, gdzie zaniosłem listę z filmami od Simply’ego, ale nie mają ani jednego z wymienionych, ba, nawet nie mają opcji aby je ściągnąć. Tak więc muszę szukać innej drogi pozyskania tych pozycji :(.

  • Napisane przez Simply w dniu 29 maja 2012. Odpowiedz

    @Westerny
    Trochę dziwne, przynajmniej częśc powinna byc w wypożyczalniach . Niektóre pozycje występują pod ,,specyficznymi” polskimi tytułami, np. ,,Haute Tension”( Blady Strach), ,,Inside” ( Najście). Inne dostały tłumaczenia mniej więcej wierne: ,,I Saw the Devil” ( Ujrzałem Diabła), ,,Stake Land” ( Kraina Kołków).
    Nawiasem mówiąc, ,,Inside” i ,,I Saw the Devil”, najlepiej nabyc drogą kupna i miec na własnośc.
    &Peckinpah
    Dla mnie wszystko, co Darek spłodził w tymże okresie, zasługuje na najwyższe noty. Może co najwyżej ,,Phenomena” jest filmem, gdzie nie ustrzegł się pewnych niedoróbek, ale finał wszystko wynagradza z okładem – takiej sekwencji makabry nie zaserwował chyba w żadnym innym filmie. Na pewno godna uwagi jest tzw. Trylogia Zwerzęca, czyli jego trzy pierwsze filmy : ,,Ptak o Kryształowym Upierzeniu”, ,,Kot o 9 Ogonach” i ,,Cztery Muchy na Szarym Aksamicie”. A rzeczy powstałych po 1990, można obadac ,Traumę”, ,,Bezsennośc” i ,,Syndrom Stendahla” – może nie wybitne, ale z pewnością oglądalne. Z pozostałymi śmiało można dac sobie spokój.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 29 maja 2012. Odpowiedz

    Obejrzałem właśnie „Ptaka z kryształowymi piórami”. Całkiem niezły :) W planach mam jeszcze kolejne części trylogii.

  • Napisane przez Simply w dniu 29 maja 2012. Odpowiedz

    Świetny debiut i wzorowe giallo. Mario Bava fantastycznie potrafił oświetlac plan, ale jego filmy z 60-tych mają w sobie coś irytująco statycznego. Argento wniósł do ,,żółtego gatunku” tak istotny element ruchu, już tu widac niesamowite prowadzenie kamery. Voyerska scena ,,śmierci przez szybę” musiała zainspirowac Briana De Palmę przy ,,Sisters” ( polecam szczególnie, to dzieło), który z kolei dołożył własne oryginalne rozwiązania. Mamy też piękny,sensualny motyw Ennia Morricone, który zacytowano w ,,Death Proof” ( też w scenie fotografowania z ukrycia). I samego Vittorio Storaro za kamerą… No i nasz dobry znajomy Mario Adorf, też tu swoje dołożył, jako skudłacony malarz-prymitywista i amator kociego mięsa.
    Też sobie jakiegoś Argento dzisiaj odpalę, on się nigdy nie znudzi. Najlepiej podwójną sekwencję: albo ,,Inferno”+,,Suspiria” albo ,,Tennebrae”+ ,,Opera”, pomyślę…

  • Napisane przez Westerny w dniu 30 maja 2012. Odpowiedz

    W wypożyczalniach jeszcze nie sprawdzałem, bo zlikwidowali koło mnie jakiś czas temu Javi, gdzie byłem zapisany i nie mam teraz blisko żadnej…

  • Napisane przez Westerny w dniu 3 czerwca 2012. Odpowiedz

    Dziś leciał „Tecumseh”. Ciekawy fragment z historii Ameryki Północnej, choć samą historię można było opowiedzieć nieco lepiej…

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 4 czerwca 2012. Odpowiedz

    Nie oglądałem, chociaż planowałem go obejrzeć, kiedy dowiedziałem się, że główną rolę zagrał Jesse Borrego, który grał w moim ulubionym serialu „24 godziny” :)

  • Napisane przez Simply w dniu 5 czerwca 2012. Odpowiedz

    Ja za gówniarza widziałem w kinie NRD-owskiego ,,Tecumseha” z Gojko Miticem i Leonem Niemczykiem. Pamiętam tylko, że z całej tej indiańskiej serii, ten film miał największy rozmach, tam było dużo bardzo spektakularnej batalistyki. A sama postac bardzo ciekawa, i w jakimś sensie tragiczna. Historia jego nieudanej misji, zakończonej serią wymuszonych kompromisów i nieuniknioną klęską, idealnie ilustruje stare porzekadło, że nie da się byc prorokiem we własnym kraju.

  • Napisane przez Westerny w dniu 5 czerwca 2012. Odpowiedz

    No właśnie, gdyby tutaj było więcej batalistycznego rozmachu, wojny i patosu indiańskiego, to film byłby o wiele lepszy. O wiele lepiej można było też potoczyć wątek z jego bratem jasnowidzem. Zamiast powyższego mieliśmy schemat: urodził się, dorastał, walczył i zginął. Typowa biografia wojownika.

  • Napisane przez Simply w dniu 5 czerwca 2012. Odpowiedz

    To jest chyba telewizyjna produkcja, stąd skromnośc środków. Chociaż pamiętam na przykład taki mini serial ,,Syn Gwiazdy Porannej”( z lat bodajże wczesnych 90-tych, ale nie jestem pewien), o gen. Custerze, gdzie na sceny masowe kasy nie pożałowano. Little Big Horn wykonano tak, że w życiu byś nie powiedział, że to film telewizyjny.

  • Napisane przez Westerny w dniu 7 czerwca 2012. Odpowiedz

    Dzisiaj na TV4 „Django 2″ o 14.00 i „Bandyci” z Colinem Farellem jako Jasse James’em o 16.00.

  • Napisane przez Simply w dniu 7 czerwca 2012. Odpowiedz

    Widziałem obydwa swego czasu – jedno i drugie słabe w ciul. ,,Django – Il Grande Ritorno” ( bo chyba o tym filmie mowa), to statyczny, rozwlekły i potwornie nudny glut, z buńczucznego zuchwalstwa oryginału Corbucciego nie zostało tu absolutnie nic. Film z Farrellem jest imo idealnie bezstylowy, z westernów traktujących o braciach Jamesach, które widziałem, najsłabszy. Straszna nędza w tej telewizji…

Komentowane strony: 1 2

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze




  • RSS