{ksywa}.blog

Fort Apache

26 stycznia 2012 ", ", 40 komentarzy

      Stany Zjednoczone Ameryki to kraj wywalczony.  Najpierw, za czasów kolonialnych, Anglicy walczyli z Hiszpanami, Francuzami i Holendrami o faktorie, porty i tereny na północnych wybrzeżach Zatoki Meksykańskiej, Morzu Karaibskim oraz wschodnich wybrzeżach Ameryki Północnej.  Potem angielscy mieszkańcy pierwszych kolonii toczyli boje z Francją o ziemie na północy i zachodzie, a także z Hiszpanią o Florydę.  Dzięki tym walkom utworzyła się świadomość narodowa i odrębność terytorialna od Korony Angielskiej, której trzynaście pierwszych kolonii wypowiedziało posłuszeństwo uzyskując niepodległość w 1783r.  Młoda demokracja ekspandowała i zajmowała nowe terytoria, tocząc walki z Meksykiem o Teksas i Kalifornię oraz z Indianami o środkowe i południowo-zachodnie stany.  W tamtych czasach każdy mężczyzna był praktycznie żołnierzem, posiadał broń i potrafił walczyć, a głównym kierunkiem kształcenia się amerykańskiego establishmentu były szkoły oficerskie i akademie wojskowe.  W tych właśnie okolicznościach Ameryka wkroczyła w epokę Dzikiego Zachodu i dokładnie w taki sposób postrzegał ją John Ford.  Militaryzacja westernowego uniwersum u Forda nadała jego filmom bardzo wiarygodny kształt, a także heroiczno-romantyczny klimat.  Kwintesencją tego typu filmografii jest Trylogia Kawaleryjska, a zachowując chronologię, omawianie jej zacznę od filmu „Fort Apache”.

      „Fort Apache” (lub jak kto woli „Masakra Fortu Apache”) to film wyreżyserowany przez Johna Forda w 1948r.  Podobnie jak cała Trylogia Kawaleryjska (a także wiele innych filmów Forda) opowiada dzieje amerykańskich oddziałów kawalerii, które, po zakończeniu Wojny Secesyjnej, kierowano do walki z wojowniczymi plemionami Indian głównie na tereny Wielkich Równin rozciągających się od Kanady aż po graniczące z Meksykiem stany Teksas, Nowy Meksyk i Arizona.  W filmie „Fort Apache” wątkiem przewodnim jest konflikt przebywających w rezerwacie Apaczów z przedstawicielem administracji USA oraz ich wyjście na wojenną ścieżkę pod dowództwem znanych z historii wodzów: Cochise i Geronimo.

      Film jest godny polecenia przede wszystkim z dwóch powodów.  Pierwszy to kwestia Indian, których wizerunek jest nadzwyczaj ciepły jak na filmy Forda i w ogóle jak na filmy z tamtej epoki.  To chyba pierwszy w historii Western, w którym Indianie oraz pragnący z nimi pokoju oficer są przedstawieni jako aż tak pozytywna strona rozgrywki. Notorycznie oszukiwani przez łamiących obietnice urzędników i okradani z przysługujących im przydziałów wołowiny czy tkanin, najzwyczajniej w świecie buntują się i dochodzą swoich praw poprzez walkę.  Drugi powód to prześwietna gra Henry Fondy, który jak dla mnie „skradł tutaj show” (spodobało mi się to stwierdzenie:)), a grany przez niego pułkownik Owen Thursday to jedna z moich ulubionych ról Fondy (Pan Henry ogólnie podoba mi się najbardziej jako negatywny bohater).  Ale to nie wszystko, bo jest jeszcze kilka innych powodów, jak choćby piękne zdjęcia czy plejada charakterystycznych aktorów, których możemy oglądać w większości Westernów Forda, a którzy stworzyli swojego rodzaju zgraną filmową paczkę.  Mam na myśli przede wszystkim postacie starszego sierżanta O’Rourka (Ward Bond), sierżanta Mulcahy (Victor McLaglen), kpt. Yorka (John Wayne) czy strażnika (Hank Worden).  Najbardziej mi tu zawsze brakowało „kawalerzystów” Johnsona i Careya Jr., którzy tak koncertowo zdominowali „Rio Grande” i „Drogę do San Juan”, a w pewnym stopniu też „Żółtą wstążkę” ;).

      Trochę o głównych bohaterach.  Kapitan Kirby York (John Wayne) – mający duże doświadczenie w walce i kontaktach z Indianami – rozumie ich roszczenia i dąży do pokojowego rozwiązania konfliktu.  Podczas Wojny Domowej dowodził pułkiem wojsk Unii, ale po wojnie został zdegradowany do rangi kapitana.  Po kilku latach walk na pograniczu ma nadzieję objąć dowództwo w odległej placówce o nazwie Fort Apache.  Ku jego niezadowoleniu, generalicja oddaje stacjonujące tam oddziały pod komendę pułkownika Owena Thursdaya, który przybywa do odległej placówki z córką Philadelfią (Shirley Temple).  Thursday to rozgoryczony wdowiec.  Podczas wojny był generałem, lecz został zdegradowany do rangi pułkownika i zesłany do Fortu Apache.  Chorobliwie ambitny oficer-służbista, wyszkolony w West Point i wzorujący się na wodzach pokroju Aleksandra Wielkiego czy Napoleona, liczy na zdobycie szybkiej sławy w walce z Indianami i powrót do oficerskiej śmietanki.  Mimo rad doświadczonego Yorka, bagatelizuje możliwości i zdolności Apaczów, a ich wielkiego wodza Cochise traktuje jak podrzędnego dzikusa.  Niepoprawna odwaga i ślepa chęć zdobycia sławy zamiast do chwały prowadzą go jednak do samozniszczenia, a jego wojska do klęski.

      Oglądając ten film można dostrzec dwa rodzaje pojedynku osobowości.  Jeden to bezpośredni pojedynek racji i zdolności między Kapitanem Kirby Yorkiem (John Wayne), a Pułkownikiem Owenem Thursdayem (Henry Fonda).  W tym pojedynku zwycięzcą jest York, bo udaje mu się przeżyć, a odziały stacjonujące w Fort Apache ostatecznie przechodzą pod jego komendę.  Drugi pojedynek, to korespondencyjny spór między Johnem Waynem, a Henrym Fondą o miano pierwszoplanowego aktora rozgrywającego się dramatu.  Tutaj zwycięzcą jest (w moim mniemaniu) Fonda, bo jego bohater jest niesamowicie wymowny i przekonujący.  To prawdziwy parszywiec, który na każdym kroku pokazuje swą wyższość.  Jest kilka scen, w których wybornie demonstruje najgorsze cechy.  Na przykład wtargnięcie do domu O’Rourków po to by zabrać córkę i dać wykład rodzinie na temat różnic klasowo-obyczajowych dzielących wysokich oficerów i niskich.  A przecież młody Michael (John Agar) jest drugim porucznikiem i podobnie jak on wychowankiem West Point.  Gdy w jednej z ostatnich scen York rzuca Thursdayowi rękawicę, ten lekceważąco stwierdza, że nie pochwala pojedynków i zastanowi się, czy po powrocie walczyć czy oddać go pod sąd wojenny.  Jedyną słuszną decyzją Thursdaya jest oddelegowanie podczas finałowej bitwy Kirbyego wraz z młodym Michaelem na tyły.  To taki wyjątek potwierdzający regułę, przejaw mądrości, próbującej się przebić przez skorupę złych cech – w końcu chroni jedynego oficera zdolnego pokonać Apaczów czyli Yorka, a także chłopaka, w którym zakochała się jego córka czyli O’Rourka.

      Żeby nie było, że jestem nieobiektywny i ciągle tylko wychwalam Forda, dodam iż film jest mocno patetyczny i trąca tanią propagandą, gloryfikując mit amerykańskiej kawalerii.  Bynajmniej nie jest to wina reżysera, a raczej czasów, w których obraz został zrealizowany i sytuacji społeczno-politycznej.  To ukazywanie kawalerzystów jako jednej wielkiej szczęśliwej rodziny, żyjącej sobie beztrosko pośród malowniczych krajobrazów Monument Valley, toczących od czasu do czasu potyczki z Indianami przy akompaniamencie trąbki, śpiewających tradycyjne pieśni żołnierskie lub popijających whisky, dla wielu może być naiwne i niesmaczne, a nawet nudne, ale dla mnie w żadnym wypadku nie psuje ogólnej wartości filmowej.  Ba, robi wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju klimat.  Bo film fabularny to przede wszystkim gra aktorów, umiejętności i wyczucie reżysera, muzyka i piękne zdjęcia, a nie prawda historyczna czy realizm.  I to wszystko co wymieniłem niewątpliwie jest w „Trylogii Kawaleryjskiej”.  Osobom nie lubiącym starych czarno-białych filmów nie polecam „Fortu Apache”, ale dla każdego fana Westernu to pozycja obowiązkowa!  To kopalnia „westernowych diamentów”.  NAPRAWDĘ POLECAM!


Klasyczne Westerny

, , , , , , , , ,

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 27 stycznia 2012. Odpowiedz

    Nie wiem jak tam u Forda było z prawdą i realizmem, ale myślę, że jednak przywiązywał do tego wagę. Zacytuję tu słowa Johna Forda, który powiedział: „Znałem Wyatta Earpa. We wczesnych latach kina niemego przyjeżdżał kilka razy do roku odwiedzić swoich kumpli, kowboi, których znał z Tombstone; wielu z nich pracowało dla mojej wytwórni. Byłem chyba wtedy jeszcze pomocnikiem rekwizytora i zdarzało się, że podawałem mu krzesło albo kawę. Opowiadał mi o strzelaninie w O.K. Corral. Więc potem w „Mieście bezprawia” pokazaliśmy wszystko dokładnie tak, jak się to odbyło. Oni nie wyszli po prostu na ulicę i nie zaczęli do siebie strzelać, to był przemyślany manewr wojskowy”. Ktoś kto miał takie znajomości na pewno wiedział więcej o Dzikim Zachodzie niż jakikolwiek ówczesny reżyser westernów ;) A „Fort Apache” przypomina opowieść o generale Custerze, który doprowadził do masakry Siuksów pod Little Big Horn. „Fort Apache” to ambitne dzieło o dylematach moralnych dotyczących prowadzenia działań zbrojnych i wykonywania rozkazów niezgodnych z sumieniem i własnymi przekonaniami. Henry Fonda kradnie show, bo miał zdecydowanie ciekawszą rolę do zagrania. Z kaweleryjskiej trylogii Forda podobają mi się zarówno „Fort Apache” jak i „Żółta wstążka”, natomiast „Rio Grande” mnie rozczarowało – jedyne co mi się w nim podobało to popisy Johnsona i Careya na koniach ;) Wspomnianej przez Ciebie „Drogi do San Juan” jeszcze nie widziałem.

  • Napisane przez Westerny w dniu 27 stycznia 2012. Odpowiedz

    Nie no oczywiście, że Ford robił wiarygodne historycznie filmy. A masakra nad Little Big Horn nie była masakrą Siuxów, tylko masakrą wojsk USA dowodzonych przez Custera. Mi się najbardziej podoba „Żółta wstążka”, ale uwielbiam też „Rio Grandę”, bo mimo nieciekawej fabuły, jest to dla mnie film bardzo poznawczy i po prostu magiczny. No i Johnson, który jest postacią nr 1 tego filmu…

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 27 stycznia 2012. Odpowiedz

    Racja, generał Custer, podobnie jak pułkownik Thursday ponieśli klęskę.

  • Napisane przez Fraa w dniu 27 stycznia 2012. Odpowiedz

    A ja jakoś tak mam ambiwalentny stosunek do filmów Forda. Znaczy dobra, póki co wielu ich nie widziałam (pięć tytułów…), ale mam jeszcze parę jego dzieł w zanadrzu do obejrzenia. ^^ Tak czy owak, trylogia kawaleryjska nie należy do moich ulubionych westernów i nic na to nie poradzę. Mimo całej sympatii do wiecznie fantastycznego (choć wiecznie takiego samego :P ) Johna Wayne’a. ;)

  • Napisane przez Westerny w dniu 28 stycznia 2012. Odpowiedz

    No właśnie z Trylogią Kawaleryjską tak jest, że jednych zachwyca, a innych odpycha. Ja na leżę do tych pierwszych :).

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 28 stycznia 2012. Odpowiedz

    @Fraa
    Ja cię rozumiem, mimo że lubię niektóre filmy Forda to jednak żaden jego film nie znajduje się w dziesiątce moich ulubionych westernów. Znacznie bardziej wolę Hawksa, Manna i Sturgesa. Co do Wayne’a to myślę, że filmy Forda nie byłyby tak dobre bez udziału tego aktora ;)

  • Napisane przez Simply w dniu 28 stycznia 2012. Odpowiedz

    ,,Fort Apache” widziałem lat temu w bród, praktycznie nic z tego filmu nie pamiętam poza tym, że Fonda tam zdaje się wąsy nosił. A i wracac do tego nie zamierzam.
    Johna Forda generalnie nie trawię, a tych militarno-harcerskich produkcji w szczególności. Na ,,Rio Grande” usnąłem, ,,Kawalerzystów” wyłączyłem w połowie, ,,Żółtego Ribbona…” wymęczyłem jakimś cudem do końca i żałuję, że nie podzielił losu dwóch poprzednich.
    John Ford ( Jan Alojzy O’Fearna)to ckliwy nudziarz, te filmy są bez energii.
    Jedyny jego kawaleryjski western, który dało się obejrzec bez irytacji, to ,,Sierżant Rutledge” z Woody’m Stroode. Tylko dwa filmy Alojzego na prawdę mi się podobały: ,,Człowiek który zabił Liberty Valance’a” i z nie-westernów, ,,Grona Gniewu”. Szanuję też ,,Dyliżans” za nowatorskie, jak na tamten moment patenty.
    No i zdjęcia plenerowe u niego są pierwsza klasa, żeby oddac sprawiedliwośc.
    Natomiast to, co on wiedział na temat prawdziwego Dzikiego Zachodu, a to, co i jak pokazywał, to podejrzewam dwie odrębne kwestie.
    Nie obchodzi mnie, że poznał osobiście Wyata Earpa i co mu ten konfabulator naopowiadał.
    W ,, Mieście Bezprawia” jest scena pojedynku, gdzie Earp jest szybszy od Doca Hollidaya: pozostawię to bez komentarza.
    Dla mnie mógłby nawet przeleciec Calamity Jane, i tak niczego by to nie zmieniło; na zawsze pozostanie sentymentalnym hipokrytą. A klocek-Wayne idealnie dopełnia całości. Wybaczcie szczerośc.

  • Napisane przez Westerny w dniu 28 stycznia 2012. Odpowiedz

    Heh, fan Westernu, który nie lubi Forda. To tak, jak by fan powieści s-f nie lubił Verne’a lub Wells’a :). Nie no, oczywiście każdy ma swoje preferencje i ulubionych twórców. Ja tylko dodam, że my nie spoglądamy z takiej perspektywy, jak Amerykanie. Dla nich filmy Forda to coś więcej niż Westerny, to po prostu świetna lekcja historii, nakręcona z rozmachem i humorem. My mamy Wajdę, który nakręcił multum filmów ważnych z punku widzenia Polskości. Wiele z tych filmów nie jest jednak rozumianych za granicą…

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 28 stycznia 2012. Odpowiedz

    Chociaż Ford nie należy do moich ulubionych reżyserów to nie mogę się zgodzić z tak ostrą krytyką tego reżysera. Mógłbym się jedynie zgodzić, że „Rio Grande” jest trochę usypiające, a z filmów, które wymienił Simply nie widziałem tylko „Sierżanta Rutledge’a”, zaś pozostałe oglądało mi się nieźle, bez znudzenia, nawet „Kawalerzystów” (znany też pt. „Konnica”). Nie tylko w „Dyliżansie” były nowatorskie patenty, także w trylogii kawaleryjskiej, bez której nie byłoby pewnie „Majora Dundee”, który jest poniekąd polemiką z filmami Forda. „Miasto bezprawia” słabo pamiętam, ale z filmów o Earpie wolę zdecydowanie wersję Sturgesa „Pojedynek w Corralu O.K.”. Za najlepsze filmy Forda uważam „Poszukiwaczy” oraz wspomnianego już „Człowieka, który zabił Liberty Valance’a”. Na pewno nie nazwałbym go ckliwym nudziarzem i sentymentalnym hipokrytą. John Ford zasługuje na uznanie chociażby za to, że nie tylko otworzył okres klasycznego westernu filmem „Dyliżans”, ale także pięknie zamknął ten okres filmem „Jesień Czejenów” ;)

  • Napisane przez Simply w dniu 28 stycznia 2012. Odpowiedz

    Niee,Juliusa Verne uwielbiam! Ale z tym Wajdą, to trafiłeś; też go nienawidzę i podobnie, albo bardziej, niż Forda,odbieram, jako zdalnie sterowanego i kompletnie zakłamanego typa. Rzygam na ten jego kanon polsko-historyczny, parę wyjątków jest(,, Ziemia obiecana ” ,,Kanał”) ale to tylko na falach zaistniałej w danym momencie koniunktury. Ale do rzeczy:
    Porównajcie sobie ,,Jesień Cheyennów” i ,,Majora Dundee”. Jeden kończy, drugi zaczyna, ale to nie istotne:
    który film wam się bardziej podoba i dla czego?

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Różnica między „Jesienią Czejenów” i „Majorem Dundee” polega na tym, że „Major Dundee” jest pierwszym ambitnym filmem Sama Peckinpaha, zaś „Jesień Czejenów” jest ostatnim ambitnym filmem Johna Forda :P

  • Napisane przez Simply w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Może i za ostro po tym Fordzie pojechałem ( co do Wajdy-podtrzymuję). Nazwanie go zakłamanym było z mojej strony trochę niesprawiedliwe. To, że jego wizja Far Westu do mnie nie przemawia, to jedno, nie zmienia to faktu, że jako w pełni samoświadomy twórca z pewnością wierzył w to, co robił.
    Zresztą podczas budowania etosu ( jakiegokolwiek ), bez retuszowania się nie obejdzie – co skądinnąd nie jest jakimś szczególnym usprawiedliwieniem.
    Peckinpah jest o wiele bardziej mroczny i pesymistyczny, zwłaszcza w eksplorowaniu ciemnej strony ludzkiej natury – ergo – bez porównania mi bliższy. I miał lepszy warsztat, tak by the way :)

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Mi też jest bliższy, co widać chociażby po moim nicku :)

  • Napisane przez Simply w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Samuel dokonał czegoś, co nie udało się nikomu ani przednim, ani po nim : nakręcił arcydzieło kina po pijaku – ,,Pata Garretta i Billy Kida”.
    Grzał już ostro podczas kręcenia
    ,,Majora…” i ,,Dzikiej Bandy”, ale na planie ,, Pata Garretta…” był już dzień w dzień nawalony non stop, od rana. I dał rady!

  • Napisane przez Westerny w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    „Pat Garrett i Billy Kid” to słabo zagrany film. Jedynie Coburn stanął na wysokości zadania. Kristofferson – jak na swoje możliwości – też wypadł dobrze. Ale ta cała plejada podrzędnych muzyków country na planie – to nie był dobry pomysł. Nie ma co porównywać tego filmu z wybitnymi dziełami, którymi niewątpliwie są „Major Dundee” „Dzika banda” czy „Nosiła żółtą wstążkę”.

  • Napisane przez Simply w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Jakich ,, podrzędnych muzyków country”? Kristofferson był wtedy mega gwiazdą country w Stanach.
    Zagrał całkiem przyzwoicie, choc był o jakies 10 lat za stary do roli Kida. Pod uwagę brany był Bo Hopkins i to mógłby byc niezły czad.
    Dylan nie był muzykiem country, tylko folk-rockowym, którego wkład w rozwój rocka jest….każdy wie, jaki.
    On nie miał tam grac, pomysł padł znienacka, a
    rólkę Aliasa wymyślono mu na poczekaniu. Ja bym się go nie czepiał – raz, że jego występ ma czysto dekoracyjny charakter ( w zamierzeniu! ), a dwa, on przecież nie jest aktorem i nie można go osądzac stawiając na równi z zawodowcami. Rolę stworzono dla niego tylko dla tego, że był Bobem Dylanem.
    Rita Coolidge może nie miała statusu supergwiazdy, ale była w tym czasie popularną i cenioną akustyczną balladzistką na amerykańskiej scenie folkowej, na pewno nie ,,podrzędną”. Zagrała świetnie – delikatą, niemą w zasadzie rolę kobiety, z którą sypia Billy. Byli wówczas z Kristoffersonem parą w życiu prywatnym; wypadło to przekanująco, Rita wniosła fajny, intymny element czułości, stanowiący przeciwwagę dla brutalnego fatalizmu opowiadanej historii.
    Dalej:R.G. Armstrong, Slim Pickens, Jack Elam, Jason Robards, L.Q. Jones, Katy Jurado, Matt Clark, Richard Jaeckel, Barry Sullivan, Charlie Martin Smith, Harry Dean Stanton, Dub Taylor, Luke Askew, Jorge Russek, Chill Wills, Emilio Fernandez… – którego z nich miałeś na myśli mówiąc o podrzędnych country’owcach,?
    I kto z nich żle zagrał? Ten film ma specyficzną konstrukcję, jakby z serii epizodów, wszystkie w zasadzie postaci, prócz tytułowych, mają z założenia drugoplanowy, statystujący wymiar. Tam świadomie nie było ról dających jakieś większe pole do popisu aktorom – liczył się klimat kreowany przez przestrzeń, muzykę, nieuchronnośc; ludzie objawiali się głownie poprzez swą znikomośc. Ten film, to poemat, a nie kino akcji, jak ,,Wild Bunch”, że o ,,Żółtym Ribbonie..” nie wspomnę, bo sam nie wiem, co to miało byc.

  • Napisane przez Westerny w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    No właśnie, Alias to jedna z najgorszych postaci westernowych w historii. Dylan zrobił genialną muzykę i niepotrzebnie pchał się do filmu, bo wyszło koszmarnie. A winę ponosi Peckinpah, bo to on decydował. Owszem, Kristofferson był gwiazdą Country i nawet potrafił grać, ale jego kumple z zespołu już nie, a połowa drugo i trzecioplanowych postaci to właśnie oni. Niestety to widać. W filmie jest masa całkowicie nieracjonalnych scen, których nie tłumaczy nawet to całkowite zadżumienie alkoholowo-narkotykowe reżysera. Scena strzelaniny w której jeden z kumpli Billego dostaje w bebechy, a żona zamiast dalej walczyć, odkłada strzelbę i idzie nad rzekę tylko po to, aby w rytm pięknej ballady „Knockin on heavens door” patrzeć jak ten umiera zamiast dalej walczyć. Takich scen jest dużo więcej, musiałbym obejrzeć żeby sobie przypomnieć. Ponadto, Peckinpah zachowywał się nieprofesjonalnie i był skłócony ze scenarzystą i producentem. Efektem tego było, że naprawdę fajna wersja reżyserska filmu ujrzała światło dzienne dopiero w 1988r. A w 1973 wyszła wersja, do której aktorzy się nawet publicznie nie przyznawali. John Ford Antony Mann czy Clint Eastwood by sobie na coś takiego nie pozwolili…

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    To i ja się włączę do dyskusji o filmowcu, który kiedyś był moim ulubionym reżyserem, a obecnie jest tylko jednym z ulubionych. Uważam, że „Pat Garrett i Billy Kid” to całkiem niezły, nostalgiczny western o pojedynku pomiędzy Starym Zachodem, reprezentowanym przez Billy’ego a Nowym Zachodem reprezentowanym przez Garretta. Kwestie Billy’ego, takie jak „Czasy się zmieniły – ja nie” albo „Tylko cwany pies dopadnie królika” wiele mówią o bohaterach i czasach, w których żyją. To nietypowy film w twórczości tego reżysera i dlatego może się nie podobać (np. ja stawiam ten film dopiero za westernami Peckinpaha z lat 1962-70, nie widziałem tylko jego debiutu, „Niebezpiecznych kompanów”). Nie sądzę, żeby montaż bardzo wpłynął na odbiór, bo np. „Major Dundee” też został przemontowany bez wiedzy reżysera, a mimo to widać w nim ‚rękę’ krwawego Sama. W filmie „Pat Garrett i Billy Kid” są jednak sceny, które mnie denerwują, że wspomnę chociażby o scenie, w której Bob Dylan czyta etykiety na puszkach. I chociaż mało wyraziste role aktorskie mi nie przeszkadzają to Dylan wygląda raczej na osobę, która znalazła się przypadkiem na planie filmu.
    PS. Dzisiaj na TVN 7 była „Jesień Czejenów”, ale przegapiłem, dopiero na końcówkę się załapałem :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Ja dziś oglądnąłem w tv „Jesień…”, bo nie mam go w kolekcji filmowej. To dobry Western, ale nie umywa się do „Majora Dundee”.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Ja „Jesień…” oglądałem dość dawno, pamiętam scenę, w której polski żołnierz opowiada o tym, że „w Polsce Kozacy zabijają Polaków za to, że są Polakami, tak jak Amerykanie zabijają Indian za to, że są Indianami”. No i zaskakujący jest w filmie epizod z Jamesem Stewartem w roli Wyatta Earpa, który potrafi usłyszeć ile kart jest w talii :) Ja też wolę „Majora Dundee”, ale oba są raczej inne, „Major Dundee” jest typowym dla lat 60-tych przedstawicielem antywesternu, polemizującym z klasyką gatunku, zaś „Jesień…” to pożegnanie Johna Forda z gatunkiem westernu i podsumowanie klasycznego okresu w historii gatunku.

  • Napisane przez Westerny w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Ten Polak – Stanisław Wachowski – jest takim trochę fałszywym Polakiem, bo wychodząc po wypiciu whisky z Widmarkiem, śpiewa pieśń w swoim rodzinnym języku, ale na pewno nie jest to Polski :). Tam jeszcze Malden gra oficera, który z kolei jest Niemcem i był pruskim oficerem :). Tak więc widać Ford interesował się historią naszego regionu :). Scena z Wyatem Earpem to ewidentna polemika ze samym sobą. Ford w końcu pokazał go jako takiego gnuśnego ignoranta, którego bardziej interesują karty i swój własny tyłek, niż to, co się dzieje wokół :).

  • Napisane przez Simply w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Ostateczny montaż filmu, tzw. ,,final cut” w systemie hollywoodzkim jest domeną producenta , nie reżysera. Tylko nieliczni miewali taki przywilej.Wykastrowana wersja filmu z 1973 nie obciąża Peckinpaha, nie dopuszczonego do montażu finalnego, a producenta, proste… Ani Ford, ani Eastwood też nie mieliby nic do gadania, gdyby wytwórnia odmówiłaby im tej możliwości. Trzeba pamiętac, że oni obydwaj mieli bez porównanie lepszą pozycję przetargową, niż Peckinpah. Eastwood był jednym z najbardziej kasowych aktorów wszech czasów, mógł sobie na dużo pozwolic, nie powodując ryzyka finansowego.
    Peckinpah przez całe życie walczył z producentami ( sam nigdy nie był producentem), ale taki jest już los artystów bezkompromisowych i obrazoburczych. ,,Pat Garrett..” to żaden wyjątek, największa chryja była o ,,Majora Dundee”, z którego wycięto ponad pół godziny, a gdyby nie finansowa pomoc Charltona Hestona przy post-produkcji, film nie ujrzałby światła dziennego. Z ,, The Wild Bunch ” wypadło bezpowrotnie kilkanaście minut, głównie retrospekcji.
    ,, Pat Garret…” też przekroczył budżet i liczbę dni zdjęciowych, ale to się nagminnie zdarzało najlepszym ( Welles, Kubrick) i nie ma nic do rzeczy, jak chodzi o rangę artystyczną dzieła.
    Postawa Peckinpaha nie świadczy o braku profesjonalizmu, a o stanowczości w walce o kształt własnej wizji. John Ford nie łamał obyczajowych tabu, nie miał tak konfliktowego charakteru i był nieporównywalnie hołubiony przez szefów wytwórni, nie można ich stawiac na równi. Nieprawdą jest rzekomy konflikt Peckinpaha ze scenarzystą. Typowa procedura sprzedaży scenariusza jest prosta: kupują pd ciebie tekst, dostajesz honorarium i adios!
    Nie masz już dalej na nic wpływu, mogą z nim zrobic, co zechcą. Zaś jeśli scenarzysta zostaje zaangażowany na planie podczas produkcji, to jest rzadki przywilej. Tak było z Rudy Wurlitzerem przy ,,Garrecie…”Jeszcze małą rólkę zagrał, bardzo stylowego zakapiora. Ich spory o niektóre sceny ( śmierc Garrette ) miały nie egoistyczny, a zdecydowanie twórczy charakter, jak Wellesa z Mankiewiczem, czy Scorsesego ze Shraderem.
    Nie wiem, co Ty chcesz od sceny śmierci Slima Pickensa?
    Jak kobieta widzi, że z jej chłopem jest coś niedobrego to biegnie do niego, a widząc, że umiera, to płacze. Co w tym takiego nieracjonalnego? A zresztą kto powiedział, że w momencie śmierci kogoś najbliższego masz się racjonalnie zachowywac? Że nie walczy – już nie było a kim, wszystkich zdążyli wystrzelac, ostatniego przygwożdżił Garrett. A co do tych aktorów- muzyków od Kristoffersona, to ja się doliczyłem sztuk: 1 – Donnie Fritts. . W ostatniej chwili zorientowano sie, że jego postac nie ma wogóle napisanych kwestii. Peckinpah wpadł na pomysł, by powtarzał teksty wypowiadane przez innych bohaterów. Bardzo śmiesznie to wyszło, nie wiem, czego się tu czepiac.
    Ten film miał chłodne przyjęcie, kasy nie zarobił, a jego wielkośc doceniono po latach. Jestem jego die-hard fanem. Wersja TCM- owska, dłuższa o jakieś 10 minut jest najlepsza. Wersja specjalna z 2005 jest krótsza, ale jako jedyna zawiera scenę z żoną Garretta.

  • Napisane przez Westerny w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Widzę, że jesteś śmiertelnym fanem „Garretta…” więc nie będę dalej polemizował. Na moim blogu, jak pewnie zauważyłeś, koncentruję się na wyciąganiu tego, co w Westernach najlepsze, a nie doszukiwaniu się tego, co kiepskie (jeśli przeczytałeś recenzję „Pata Garretta” to sam wiesz. Ale nie zgodzę się na nieobiektywną krytykę jednych, przy ewidentnym cukrowaniu innym, w takiej sytuacji swoje kilka groszy zawsze dodaje :P. Osobiście jestem wielkim fanem „Strzałów…”, „Majora…” i „Bandy…” – to, w moim mniemaniu, najlepsze Westerny Krwawego Sama.

  • Napisane przez Simply w dniu 29 stycznia 2012. Odpowiedz

    Ja nie jestem z góry ukierunkowany na negację, czy afirmację – zależy, czy dane dzieło trafia do mnie, czy nie.
    Może trochę za ostro to wyrażam w jedną i w drugą stronę? Ale tak mam:)
    Mimo, że za Fordem nie przepadam potrafiłem sie przyznac do przesady w surowości oceny jego filmów.
    Ale myślę, że polemika bywa dużo ciekawsza, niż tylko wzajemne przytakiwanie.
    Wracając do Samuela: najlepiej wyreżyserowanym jego westernem jest ,,Dzika Banda”, najpiękniejszym ,,Pat Garrett…”, najbardziej zaskakującym ,, Ballada o Cable’u Hogue’u”,
    najbardziej klasycznym ,,Strzały o zmierzchu”, najbardziej niedocenionym i okaleczonym ,,Major Dundee”.
    Nie widziałem ,,Niebezpiecznych kompanów” więc jest on dla mnie tym najbardziej zagadkowym :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 30 stycznia 2012. Odpowiedz

    Ok, a więc w związku z „Patem Garrettem…” zakopmy już topór wojenny i przekażmy sobie Święte Zawiniątko („Jesień Czejenów”) hehe :).

  • Napisane przez Simply w dniu 30 stycznia 2012. Odpowiedz

    Howgh

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 30 stycznia 2012. Odpowiedz

    A propos tego, co napisał Simply o producentach: Sam Peckinpah twierdził, że jego najlepszy film to „Ballada o Cable’u Hogue’u”, bo przy tym filmie miał największą swobodę twórczą. Według imdb jest to jedyny film, którego krwawy Sam był producentem. Clint Eastwood na początku lat 70-tych założył firmę producencką Malpaso i dzięki temu mógł robić takie filmy, jakie chciał. Wielu twórców godziło się na pracę na zlecenie po to, by zarobić na nieco skromniejsze, bardziej niezależne filmy. Na przykład Stanley Kubrick wyreżyserował „Spartakusa”, by móc zrealizować wymarzone projekty w latach 60-tych, Howard Hawks uzyskał swobodę twórczą już w latach 30-tych, Ford zaś w latach 40-tych – wyprodukował wspólnie z Merianem C. Cooperem trylogię kawaleryjską.

  • Napisane przez Simply w dniu 30 stycznia 2012. Odpowiedz

    Cóż, jedni potrafią łączyc naturę artysty i biznesmana, inni nie.,,Bring me a head of Alfredo Garcia” też, jak pamiętam, był obrazem, do którego Peckinpah nie miał zastrzeżeń. Kręcił to w Meksyku z lokalną ekipą, czym naraził się na restrykcje amerykańskich związków zawodowych.

  • Napisane przez Westerny w dniu 30 stycznia 2012. Odpowiedz

    Moim zdaniem wszystko, co ma wpływ na tworzenie jest nieistotne. Film to sztuka i liczy się to, jakie jest ostateczne dzieło. Tak jak z malarstwem. Oglądając obrazy Nikifora, Picasso czy DaVinci – mogę się zastanawiać nad tym, który był kaleką, który pijakiem i awanturnikiem, a który bogatym szlachcicem, ale czy to ma wpływ na moją ocenę? Albo mi się podobają albo nie. Tak jest też z filmami. Albo wyszły dobrze i dziś są pozycjami kultowymi, znanymi każdemu i często wyświetlanymi, albo wyszły słabo i tylko nieliczni o nich pamiętają. Tak myślę…

  • Napisane przez Simply w dniu 31 stycznia 2012. Odpowiedz

    Nie do końca się z tym zgadzam.
    Jasne, że dzieło skończone i wystawione na widok publiczny, broni się samo ( albo nie) i artysta nie ma w tym momencie nic do dodania ( czy odjęcia) ponad to , co już stworzył.
    Ale to porównanie filmu do malarstwa odbieram, jako chybione, chocby ze względu na sam proces twórczy.
    Malując obraz, zachowujesz pełną i wyłączną kontrolę.Czy jesteś do tego pijanym szlachcicem, czy kulawym awanturnikiem – nikt ci w trakcie nic nie domaluje, ani nie wymaże.
    A film to dzieło zbiorowe, najczęściej wypadkowa całej masy czynników.
    Reżyser – nie ważne, czy szufladkowany, jako artysta, czy rzemieślnik – ma do ogarnięcia sztab ludzi i jeszcze więcej problemów do rozwiądznia. I to rozmaitej natury; technicznych, międzyludzkich, artystycznych, finansowych i w cholerę innych. A nad sobą włodarzy, przed którymi rozlicza się z budżetu, a ci częściej bywają zmorą, niż sprzymierzeńcami.
    A i tu nie należy za bardzo generalizowac: światły i inteligentny producent może z korzyścią dla filmu powściągnąc przegięte, artystowskie zapędy reżysera.
    Widz dostaje produkt i ma to wszystko w dupie, to normalne, ale nie zaszkodzi miec świadomośc całej złożoności takiego przedsięwzięcia. Wolę odkryc jakiś skazany na zapomnienie, słabo dystrybuowany, znany tylko nielicznym film,którego twórcy pokonywali budżetowe ograniczenia inwencją i wyobrażnią, niż jarac się blockbusterami. Dotyczy to także westernu, więc nie jest to offtop z mojej strony :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 1 lutego 2012. Odpowiedz

    Do Top10 piosenek wkoczyła marszowa piosenka kawaleryjska „She Wore a Yellow Ribbon” z „Żółtej Wstążki” na miejsce „Sons of Katie Elder”, która zbyt przypomina motyw przewodni z innej ścieżki Bernsteina: „Siedmiu Wspaniałych”.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 1 lutego 2012. Odpowiedz

    Powinieneś zrobić oddzielnie Top5 dla marszów wojskowych z westernów, gdzie znalazłyby się: She Wore a Yellow Ribbon, The Girl I Left Behind Me, When Johnny Comes Marching Home, Major Dundee i Josey Wales :) Widzę, że w tym Top10 masz 11 utworów, bo na ostatnim miejscu wcisnąłeś dwa tytuły :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 2 lutego 2012. Odpowiedz

    Nie no na 10 miejscu jest jeden utwór: „Dixie”, który śpiewają zarówno w „Majorze…” i w „Josey Wales”, a także w kilku innych :).

  • Napisane przez Simply w dniu 2 lutego 2012. Odpowiedz

    Marszową piosenkę kawaleryjską obczaiłem na You Tube.
    Dla mnie, to takie raczej strażackie, w sam raz do tego filmu. Druga, wokalna częśc tego kawałka, to tradycyjna irlandzka piosenka ,, Waxie’s Dragle”. Wrzuccie sobie to w wykonaniu the Pogues – to jest prawdziwie buńczuczna wersja!
    Żeby nie było, że jestem tendencyjny – jak pamiętam, w ,,Żółtym Ribbonie” znalazła się też ,, Glory” -jankeska odpowiedż na konfederackie Dixie. Dziarskie, wokalne wykonanie, imo bardziej nośne, niż numer tytułowy.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 2 lutego 2012. Odpowiedz

    No akurat „Majora Dundee” nie kojarzyłem z „Dixie” tylko z marszowym utworem z czołówki:
    http://www.youtube.com/watch?v=URKgG2U6dJ0

  • Napisane przez Westerny w dniu 2 lutego 2012. Odpowiedz

    Co do „Wstążki” to chodzi mi o ten kawałek, w którym śpiewają „Cavalry, cavalry…”. Jeśli chodzi o „Dundee”, to jest tam taka fajna scena gdy ekipa wyrusza do Meksyku. Jankesi śpiewają swoją piosenkę (nie pamietam już jaką) a Konfederaci, pod wodzą kapitana Tyree, próbują ich za wszelką cenę zagłuszyć śpiewając właśnie „Diexie”.

  • Napisane przez Simply w dniu 2 lutego 2012. Odpowiedz

    Zgadza się, U.S. Calvary. To jest utwór tytułowy.

  • Napisane przez Westerny w dniu 2 lutego 2012. Odpowiedz

    Dzięki Simply, w takim razie zmienię na prawidłową nazwę…

  • Napisane przez Simply w dniu 2 lutego 2012. Odpowiedz

    Niee! Ju ES Kalwari – taka tam jest fraza, a tytuł utworu to ,, She wore a Yellow Ribbon”

  • Napisane przez Westerny w dniu 2 lutego 2012. Odpowiedz

    Ok :).

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze




  • RSS