{ksywa}.blog

Kowboje i obcy

4 września 2011 ", ", 9 komentarzy

            Uwaga, możliwe spoilery ;).

            Do kina chodzę zwykle na filmy science-fiction, katastroficzne i inne wysoko nakładowe produkcje, które należycie wykorzystują moc dużego ekranu, a efekty dźwiękowe i wizualne robią największe wrażenie.  Nie wybieram się zwykle do kina na komedie, dramaty obyczajowe i właśnie Westerny, bo wolę tego typu filmy oglądać w zaciszu domowego ogniska.  Jednak tym razem grali Western science-fiction, a wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadały mi, że warto iść.  I rzeczywiście, nie zawiodłem się, bo film, choć mało ambitny, jest widowiskowy i nieźle zrealizowany.  Łączenie gatunków takich jak Western i science-fiction, to bardzo trudna sprawa.  Rzadko udaje się to zrobić bezkolizyjnie, tak aby film miał zarówno wciągającą fabułę i niebanalny przekaz.  Cóż, nowy film Jona Favreu czyli „Kowboje i obcy” nie prezentuje tak zgrabnej fuzji gatunków jak np. „Powrót do przyszłości 3″ czy „Bardzo Dziki Zachód”, ale oglądało się go całkiem nieźle…
             Osobiście jestem wielkim miłośnikiem steampunku, zarówno w formie literackiej, jak i filmowej.  Zwykle, gdy ktoś zabiera się za realizację Westernu z dodatkiem nowoczesnej techniki, robi go właśnie w konwencji „Steam”, no bo w końcu akcja rozgrywa się w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, czyli w wiktoriańskiej epoce parowej. Jednak tym razem twórcy postanowili wyjść poza sprawdzony schemat i skonfrontowali żyjących na pograniczu USA i Mexyku ludzi z nieznaną rasą obcych.  Rasą, która posługuje się latającymi statkami kosmicznymi i sterowaną telepatycznie bronią.  Czy im wyszło?
            Zacznijmy od kwestii westernowej.  Po pierwsze Favreu dobrze odrobił zadanie domowe i wykreował bardzo spójny oraz realistyczny świat Dzikego Zachodu, w którym rządzi prawo silniejszego, a każda postać pasuje do swojej roli (wyjątkiem jest Ella Swenson grana przez Olivię Wilde).  Kostiumy, gadżety i broń są jak najbardziej realistyczne.  Wykorzystanych jest też kilka sprawdzonych schematów.  Woodrow Dolarhyde (wyborny Harrison Ford) jest bogatym hodowcą bydła, który ma syna niedorajdę (skąd my to znamy? :)), a miejscowi muszą znosić wybryki jego i jego kompanów.  Kolejna sprawa to nieznajomy jeździec – Jake Lonergan (przekonywujący Daniel Craig), którego pojawienie się wywołuje spore zamieszanie, a szeryf i obywatele miasta chcą go jak najszybciej „uziemić” (skąd my to znamy? :)).  Jake budzi się na środku pustyni, nic nie pamięta, a jego nadgarstek jest okuty dziwną metalową obręczą nieznanego pochodzenia.  Muszę przyznać, że Craig jest dobry w swojej roli.  Zimny, bezwzględny, zakrwawiony i zakurzony twardziel, który nikogo i niczego się nie boi – coś dla żeńskiej części widowni.  Do tego posługuje się nieziemskim gadżetem – takie połączenie Clinta Eastwooda z Jamesem Bondem :).  Akcja dzieje się w Arizonie, więc gwałtem na fabule byłby brak Indian.  No i Indianie są, choć tacy bardziej „Fordowscy” niż „Costnerowscy” :).  Są także bandyci, specjalizujący się w napadach na dyliżanse, są włóczędzy bez czci i wiary, i jest nawet kowbojski pies podobny do Lessi.  Do tego dochodzą piękne plenery naszpikowane skalistymi górami Arizony i mamy w sumie wszystko, czego trzeba by nakręcić Western.
            Nieco gorzej jest od strony science-fiction.  Szczególnie momenty walki ludzi i kosmitów wołają o pomstę do Nieba.  Szybkie, niezwykle silne bestie, posługujące się bronią o ogromnej mocy, momentami ganiają po prerii za strzelającymi z rewolwerów kowbojami, a nawet udaje im się kilkakrotnie paść po ugodzeniu dzidą lub strzałą z indiańskiego łuku :).  No, nie dało się tego zgrabnie nakręcić, więc i tak brawa dla reżysera, bo nie jest najgorzej.  Brawa za rozładowanie napięcia poczuciem humoru, bo Favreu samobójcą nie jest i wiedział, że konfrontacji kowboi i obcych nie można pokazać na poważnie.  Okazuje się bowiem, że kosmici przybyli na Ziemię po…  Złoto!  Tak, najcenniejszy kruszec robi wrażenie nawet na mieszkańcach innych planet :).  Cała reszta jest w miarę ciekawa, choć schematyczna.  Statek obcych, który rozbija się na Ziemi.  Obcy, porywający ludzi by robić na nich jakieś podejrzane eksperymenty i eksploatować okolicę w celu zdobycia surowców niezbędnych do powrotu.  Tajemnicza kobieta, która okazuje się mścicielem spoza Niebieskiej Planety…
            Czas na kilka słów o aktorach.  Przede wszystkim Harrison Ford.  Zagrał po prostu rewelacyjnie, a postać bezwzględnego hodowcy bydła tak naprawdę dostarcza widzowi najwięcej rozrywki.  Podczas sceny, w której Dolarhyde kłóci się z Indianami przy ognisku, ja i moja dziewczyna kładliśmy się ze śmiechu.  A wierzcie mi – ona nie cierpi Westernów (ale jak może być inaczej z kimś, kto ciągle jest zmuszany do oglądania „Pereł z lamusa” :)).  Craig, jak już wspomniałem wcześniej, także trzyma wysoki poziom i idealnie pasuje na zbawcę ludzkości w kowbojskim kapeluszu.  Bardzo dobrze – choć epizodycznie – gra Paul Dano.  Wcielił się w rolę syna Dolarhyda: wredną, ślamazarną łajzę, którą ciągle irytuje i nie sposób jej lubić.  Charakterystyczna jest też postać barmana – Doc’a – którego gra Sam Rockwell.  Tajemnicza Ella Swenson grana przez Olivię Wilde, początkowo wydaje się zupełnie nie pasować do żadnego znanego modelu westernowej niewiasty.  Dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się, że ona nawet nie jest człowiekiem – wtedy doznajemy oświecenia :).
            A więc tak: filmu nie polecam miłośnikom science-fiction, bo raczej ich nie zadowoli.  Prędzej fanom Westernu, bo jednak Dziki Zachód pokazany jest z dbałością o szczegóły obyczajowe i kostiumowe.  Do tego są przygody, jest wartka, zwrotna akcja i sporo fajerwerków.  Na pewno polecę film wszystkim, którzy lubią lekkie, niezbyt ambitne kino, dostarczające dużo dobrej zabawy w stylu Michael’a Bay’a czy John’a McTiernana (momentami pachniało „Predatorem” :)).  Więcej na temat filmu „Kowboje i obcy” na tym blogu nie napiszę.  Ja bawiłem się dobrze i tym pozytywnym akcentem zakończę notkę…

P.s.  Musiałem stworzyć dla tego filmu nową kategorię „Inne” :), a skoro już ją stworzyłem, to pojawią się na blogu w przyszłości inne para-westernowe notki…

Inne

, , , , ,

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 4 września 2011. Odpowiedz

    Filmu nie widziałem, ale coś mi się wydaje, że w Twoim tekście jest zbyt dużo spojlerów :) Ja raczej tego filmu nie obejrzę w kinie, wolę westerny na poważnie, nie lubię parodii w rodzaju Płonących siodeł, nie przepadam także za filmami o kosmitach. Połączenie fantastyki z westernem okazało się świetnym pomysłem w Powrocie do przyszłości 3, ale na Kowboi i obcych poczekam do premiery DVD. Ja do kina wybieram się w październiku na Killer Elite. Jest to film akcji i takie właśnie filmy wolę oglądać na dużym ekranie, bo jest to gatunek, który oferuje dużą porcję rozrywki i emocji, a przy tym nie ma w nim przesadnego efekciarstwa typowego dla science fiction. Zaś filmy ambitne wolę oglądać w domu, gdyż aby je zrozumieć to trzeba myśleć, a najlepiej się myśli w ciszy i spokoju :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 4 września 2011. Odpowiedz

    Nie, no z „Płonącymi siodłami” czy „Butem Manitou” film nie ma nic wspólnego. To nie jest parodia, ani nawet komedia. Komiczne jest po prostu samo zestawienie gatunków. Ja najchętniej chodzę do kina na filmy takich reżyserów jak Cameron, Bay, Emmerich, Jackson, Spielberg czy Nolan, gdzie mam gwarancję, że wcisną mnie w fotel samymi efektami specjalnymi. Lubię też filmy 3D. Za sensacją jakoś specjalnie nie przepadam, tak samo jak za komediami romantycznymi, wole np. filmy kostiumowe. Ale „The killer elite” zapowiada się rzeczywiście nieźle (już z samego zwiastuna to widać :)). W tym roku na pewno wybiorę się na „Millenium”, bo jestem ciekaw hollywoodzkiej ekranizacji i może „Bogowie i herosi”, bo lubię tematykę mitycznej Grecji. Myślę też, że nie pominę „MI4″…

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 5 września 2011. Odpowiedz

    Z twórców science fiction doceniam przede wszystkim Camerona (podobał mi się Avatar, jak również jego poprzednie filmy), Nolana cenię za thrillery, ale mimo to byłem na Incepcji w kinie i bardzo mi się podobała. W ostatnie wakacje było w kinach sporo fantastyki, dobre sensacje powstają sporadycznie (ostatni dobry film tego gatunku był w maju – Tożsamość z Neesonem). Killer Elite oprócz dobrej akcji ma jeszcze jeden mocny atut – obsadę (Jason Statham, Robert De Niro, Clive Owen i znana z serialu Chuck – Yvonne Strahovski, Polka z pochodzenia, wychowana w Australii, ale dobrze mówi po polsku).
    Natomiast Płonące siodła podałem jako przykład hybrydy gatunkowej. Ja po prostu wolę „czyste” westerny bez domieszki innych gatunków. Humor w westernach jest mile widziany, jeśli jest tylko dodatkiem, jak w Balladzie o Cable’u Hogue’u albo w Małym Wielkim Człowieku. Połączenie kowboi z kosmitami jak mówisz już samo w sobie jest pomysłem komicznym i przyznaję, że jest to pomysł ciekawy i oryginalny. Chciałbym to obejrzeć, ale raczej nie w kinie, cierpliwie poczekam na premierę DVD.

  • Napisane przez Damian w dniu 15 września 2011. Odpowiedz

    A ja muszę przyznać, że kręcą mnie takie eksperymenty , przeróżne dziwne połączenia gatunkowe, pastiże, parodie i inne.
    Ostrzegasz o spoilerach, więc przeczytałem tylko kilka akapitów i to mi chyba wystarczy, aby się zachęcić do obejrzenia. Na film chyba do kina się nie wybiorę, bo teraz chcę zawitać na nowego Allena (też zwykle nie bywam na komediach, ale robię wyjątek, bo raz- film ponoć dobry, a dwa – chciałbym się przekonać czy filmy Woody’ego cokolwiek zyskują na dużym ekranie, czy dalej przypominają po prostu świetnie zagrane telenowele) , a potem możliwe, że na chwalony wszem i wobec „Drive”. No i może „Bitwa Warszawska w 3D” Hoffmana? Także na „Kowbojów i Obcych” to pewnie zaczekam na DVD. Jeśli chodzi o westerny, to umieram, żeby obejrzeć „Django Unchained” Tarantino. To będzie arcydzieło po prostu :-)

  • Napisane przez Westerny w dniu 15 września 2011. Odpowiedz

    No, ja jestem wielkim miłośnikiem kina Tarantino. Quentin zapowiadał Western już dawno temu (pamiętam jeden wywiad, w którym zdaje się mówił, że nakręci Western zaraz po filmie wojennym ;)) i w końcu się doczekam :). Zapowiada się prawdziwa uczta, szczególnie patrząc na obsadę ;).

  • Napisane przez Westerny w dniu 21 września 2011. Odpowiedz

    W „Top 10 najwybitniejszych aktorów” nastąpiła zmiana. Na siódme miejsce wskoczył – zamiast Audie Murphiego – Ben Johnson. Na dziesiąte miejsce, zamiast Glena Forda, wskoczył Randolph Scott. Pierwszego z wyżej wymienionych po prostu pominąłem podczas tworzenia listy, a jest to aktor świetny (choć zwykle drugo planowy), który zagrał w ogromnej ilości wspaniałych Westernów począwszy od Johna Forda aż po Sama Peckinpaha). Co do Randolpha Scotta, to – mimo iż nie jest to mój ulubiony aktor – muszę być obiektywny i docenić klasyczny wizerunek granego przezeń kowboja i grę w ogromnej ilości filmów u boku największych gwiazd.

  • Napisane przez Westerny w dniu 21 września 2011. Odpowiedz

    W „Top 10 najlepszych piosenek Westernowych” nastąpiła zmiana na miejscu 10′tym. Pieśń Konfederatów pt. „Dixie” zastąpiła piosenkę „Blaze of glory”, która nota bene nie występuje podczas fabuły, a jedynie pod koniec filmu „Młode strzelby 2″ w czasie, gdy lecą napisy.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 21 września 2011. Odpowiedz

    Zgadzam się co do Bena Johnsona, którego pamiętam szczególnie z występów u boku Johna Wayne’a, szczególnie z filmu „Nosiła żółtą wstążkę”, gdzie miał kultową kwestię: „To nie moja domena”. No i oczywiście bardzo charakterystyczne role u Peckinpaha. Podobno w młodości był zawodnikiem rodeo, więc nie mogło go zabraknąć w filmie „Junior Bonner”. A u Johna Forda zagrał nawet główną rolę (Droga do San Juan z 1950).

  • Napisane przez Westerny w dniu 22 września 2011. Odpowiedz

    No, Ben Johnson to po prostu taki „Good fellow from Texas” :).

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze




  • RSS