{ksywa}.blog

Synowie szeryfa

10 maja 2011 ", ", 8 komentarzy

               Ostatnio opisywałem film pod tytułem „Bandolero” Andrew V. Mclaglena.  Dziś, korzystając z okazji, że niedawno nabyłem inny film tego reżysera, a mianowicie „Synowie szeryfa” („Cahill, US Marshall”) napiszę kilka słów także i o tej pozycji.

               Film powstał w 1973r, a więc w późnym okresie przejściowym i jest jednym z nielicznych Westernów z lat 70’tych, zrobionym w typowo klasycznym stylu.  Klasyczne zacięcie filmu zawdzięczamy kilku czynnikom.  Po pierwsze obsadzie aktorskiej z Johnem Waynem i Georgem Kennedym na czele.  Wayne był w tym okresie już dosyć leciwym aktorem, ale grał wybornie, bardzo mocno wnikając w psychologię swoich postaci i jakby na nowo odkrywając w sobie potężne zasoby aktorskiego talentu.  Kennedy to z kolei aktor świetnie grający złe charaktery i jego rola nadała akcji sporą dawkę napięcia.  Po drugie reżyserowi, który był w końcu uczniem samego Johna Forda, a także synem współpracującego z nim Victora Mclaglena (Trylogia Kawaleryjska) tym samym przesiąkł do szpiku kości klimatem klasycznego Westernu co mocno widać w każdej jego produkcji.  No i w końcu muzyce autorstwa Elmera Bernsteina, którego myślę nikomu przedstawiać nie trzeba („Siedmiu wspaniałych”).

               Może zacznę od kwestii tytułu i związanej z nim ciekawostki.  Film przetłumaczono jako „Synowie szeryfa”, oryginalny tytuł to „Cahill, U. S. Marshall”.  Samo tłumaczenie – choć nie nawiązujące do oryginału – nawet mi się podoba, jednak – ze względu na brak w Języku Polskim odpowiednika dla amerykańskiego ‘Marshall’ – jest trochę nieprecyzyjne i niewtajemniczonym może nieco zaburzyć prawdziwe znacznie zajęcia pana J.D. Cahilla.  Otóż główni bohaterowie byli synami szeryfa federalnego! (US Marshall) a nie zwykłego, miejscowego szeryfa (który notabene ginie na początku filmu).  Różnica między tymi funkcjami jest ogromna i warto o niej wspomnieć.  Warto w ogóle wspomnieć o systemie egzekwowania prawa na Dzikim Zachodzie.  Szeryf, to szef lokalnej policji wybierany na swój urząd w demokratycznych wyborach przez miejscową ludność danego hrabstwa (ewentualnie przez działającego w imieniu ludności burmistrza czy inny samorząd).  Takim szeryfem był na przykład Kane w „W samo południe” lub Chance w „Rio Bravo”.  Jego uprawnienia sięgały jedynie granic hrabstwa i kończyły się w momencie, gdy bandyta tę granicę przekroczył.  I wtedy właśnie wkraczał do akcji US Marshall, czyli szeryf federalny, działający bezpośrednio z ramienia rządu Stanów Zjednoczonych Ameryki, który miał prawo działać (w tym także wchodzić w kompetencje szeryfów miejscowych) na terenie całego okręgu sądowego, stanu, a nawet całej Federacji (choć głównie sprowadzało się to do stanów niedawno skolonizowanych czyli ‘Dzikiego Zachodu’).  To taki odpowiednik dzisiejszego agenta specjalnego FBI.  Podobną funkcję pełnił na przykład Ruster Cogburn w filmie „Prawdziwe męstwo” i polegała ona głównie na doprowadzaniu przed oblicze sądu ściganych listem gończym bandytów.

Skoro jesteśmy przy stróżach prawa, to wspomnę jeszcze o innych jego wymiarach.  Zapewne każdy spotkał się z formacją o nazwie „Rangers”.  Powoływano ich na terenie niektórych ‘problematycznych’ stanów, gdzie potrzebna była większa siła ognia, jak np. w ogromnym Texasie (Texas Rangers) czy obfitującej w bandytów i Indian Arizonie (Arizona Rangers).  Były to paramilitarne oddziały stanowej policji, działające z ramienia gubernatora danego stanu, mające szersze możliwości i większą mobilność niż miejscowi szeryfowie i ich zastępcy.  Jednak były to oddziały reprezentujące jedynie prawo lokalne (stanowe, a nie federalne jak US Marshalls).

Często zdarzało się, że poszukiwany listem gończym bandyta był na tyle niebezpieczny i trudny do ujęcia, że wyznaczano za jego schwytanie dodatkową nagrodę pieniężną.  To przyczyniło się do rozpowszechnienia na Dzikim Zachodzie zajęcia określanego mianem łowcy głów (Bounty Hunter).  Czyli działających na własną rękę (nie z ramienia władzy) zawodowych tropicieli bandytów (jest to dosyć dobrze pokazane w filmie Sergio Leone „Za kilka dolarów więcej”).

               Tak więc w omawianym filmie jest groźny bandyta ze swoją szajką, jest również szeryf federalny, który będzie starał się go dopaść.  Nic bardziej klasycznego.  Jednak nie do końca…  Scenarzyści nieco skomplikowali fabułę i przekaz filmu obsadzając w głównych rolach dwóch chłopców: młodszego – Billy Joe i starszego – Danniela.  Chłopcy, mając za złe ojcu – szeryfowi federalnemu J. D. Cahillowi –  że nie ma go nigdy w domu. Podczas jednej z jego długotrwałych misji, postanawiają wziąć udział w napadzie na miejscowy bank.  Mimo świetnie zaplanowanego i wykonanego napadu z udziałem niejakiego Abe Frazera (wyborny George Kennedy) wszystko wymyka się spod kontroli.  Chłopcy popadają w naprawdę poważne tarapaty i tylko dzięki wyrzutom sumienia oraz wrodzonej czujność ojca udaje im się uniknąć tragedii.

               „Synowie szeryfa” to film, który ogląda się naprawdę dobrze i każdy znajdzie w nim coś dla siebie.  Jest tu z jednej strony sporo akcji i napięcia związanego z umiejętnie wplecioną w fabułę intrygą, a z drugiej wyraziste przesłanie o nieco moralizatorskim wydźwięku.  Dwójka tytułowych bohaterów, to jednocześnie symbol tego, co może przytrafić się, gdy młody człowiek dorasta bez odpowiednich wzorców i życiowych motywacji (jak bardzo jest to aktualne w dzisiejszych czasach).  Gra Johna Wayna jest na bardzo wysokim poziomie, można wręcz poczuć to zakłopotanie i niemoc ojca, który – choć jest budzącym postrach szeryfem – zaczyna dostrzegać, że wychowanie dwójki nastolatków, to kawał ciężkiej pracy.  Ciekawostką jest to, iż Wayne w życiu prywatnym był w identycznej sytuacji jak w filmie.  Był ikoną amerykańskiego kina, ale życie na planach filmowych nie ułatwiało mu wychowania ośmiorga dzieci.  Film jest więc niejako lustrzanym odbiciem jego własnych problemów z potomstwem.

               Dodatkowym atutem filmu jest niezła gra aktorska, zarówno w wykonaniu starych wyjadaczy jak George Kennedy czy Neville Brand (grający indiańskiego tropiciela o imieniu Lekka Stopa) jak i młodych aktorów Gary Grims’a (grający Danniela Cahilla) i Clay O’Brian (grający Billy Joe Cahilla).  Do tego wpadający w ucho muzyczny motyw przewodni autorstwa wspomnianego Elmera Bernsteina (w filmie jest też piosenka o tej samej melodii, ale nie znam tytułu) no i całkiem niezłe zdjęcia.  O Andrew V. Mclaglenie krąży opinia, że był to reżyser robiący filmy klasy B, ale takie pozycje jak „Chisum” czy właśnie „Synowie szeryfa” zupełnie temu zaprzeczają.  POLECAM!


Westerny Przejściowe

, , , , , , , , ,

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 11 maja 2011. Odpowiedz

    Film „Synowie szeryfa” bardzo mi się podobał. Chociaż kiedyś na tym blogu wspomniałem, że najlepsze, moim zdaniem, filmy McLaglena to „Shenandoah” i „Chisum”, gdyż chciałem wyróżnić jeden ze Stewartem i jeden z Wayne’em, to wydaje mi się, że „Synowie szeryfa” nie jest wcale filmem gorszym, a momentami nawet lepiej trzyma w napięciu. Przyznaję, że aktorzy spisali się świetnie, nawet ci, którzy zagrali synów. W filmie było nawet trochę humoru – pamiętam, że śmiałem się podczas sceny, w której John Wayne próbował przestraszyć swoich synów (chyba na cmentarzu?), a skończyło się to dość nieoczekiwanie i zabawnie.

    Zarówno McLaglen jak i Wayne sporo wiedzieli na temat Dzikiego Zachodu, znali przecież Johna Forda, który znał osobiście Wyatta Earpa, więc mieli informacje z wiarygodnych źródeł. Dlatego ich filmy to nie tylko rozrywka, ale można się z nich dowiedzieć co nieco na temat realiów Dzikiego Zachodu. W „Słowniku gatunków i zjawisk filmowych” (autor: B. Paszylk) jest opisana taka ciekawostka, że John Wayne napisał list do Clinta Eastwooda, w którym pisał, że nie podobał mu się film „Mściciel” (1973). Wayne twierdził, że film nie pokazuje prawdziwego Dzikiego Zachodu, że Dziki Zachód zasiedlali nie tacy ludzie, jakich przedstawił Eastwood. Zaś Eastwood przyznał mu rację, ale powiedział, że jego film to alegoria, a nie przedstawienie faktów.

  • Napisane przez Westerny w dniu 11 maja 2011. Odpowiedz

    Tak, późna klasyka ma to do siebie, że przedstawia Dziki Zachód bardzo wiarygodnie. Nie ma już tej romantycznej naiwności lat czterdziestych i pięćdziesiątych, nie ma również przesadzonego naturalizmu i brutalności z Antywewsternów.
    Ciekawosktą jest, że film kręcono w Meksyku (zapomniałem dokładnie gdzie) – ale w miejscu, gdzie realizowano sporo Westernów z tamtego okresu (Głównie z Waynem, którego najstarszy syn był ich producentem). Wayne tak dużo czasu spędzał na planach filmowych, że wręcz kupił sobie ranczo w tamtej okolicy i podczas pobytu na planach mieszkał tam jak w domu :). Nawet nie musiał zbytnio grać, po prostu wstawał, pił kawę i wychodził na plan heh :).

  • Napisane przez Westerny w dniu 11 maja 2011. Odpowiedz

    A co do filmu „Mściciel”, to Wayne z jednej strony miał rację, a zdrugiej bardzo się mylił. Owszem, jest to obraz bardzo przerysowany i nie oddający realiów Zachodu, ale pomysł jest tak świetny i odważny, że należy mu się miejsce pośród filmów określanych mianem ‚kultowy’. Zresztą wszystkie filmy Eastwooda są przerysowane (a „Josey Wales” to już do granic możliwości ;)) ale czepiać się go o niewiarygodność, to tak jakby się czepiać Tarantino o prawdę historyczną w „Bękartach wojny”, albo oskarżać Rodriqueza o przedstawianie Meksyku w nieprawdziwmym świetlne na podstawie „Od zmierzchu do świtu” lub „Desperado” :).

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 11 maja 2011. Odpowiedz

    Racja. Ale Wayne grał zwykle w filmach z ‚realistycznych’ gatunków (western, film wojenny, przygodowy, dramat), pewnie nie lubił filmów fantastycznych i dlatego raził go brak wiarygodności.

    A te ostatnie role Wayne’a są wcale nie gorsze od wcześniejszych, aktor mimo iż był śmiertelnie chory na raka stworzył szereg zapadających w pamięć kreacji, w których wcale nie widać, aby był chory (z wyjątkiem „The Shootist”, gdzie zagrał rewolwerowca chorego na raka). To prawda, że nie musiał zbytnio grać, ale i tak był wiarygodny – tyle lat grał bohatera Dzikiego Zachodu, że wystarczyło już, aby był sobą.

  • Napisane przez Westerny w dniu 11 maja 2011. Odpowiedz

    No właśnie, ja mam nawet na to swoją własną teorię. John Wayne dysponował o wiele większym potencjałem aktorskim niż można było obserwować na filmach. Jednak z jakichś względów bał się lub nie potrafił wykożystać go w 100%. Może było to spowodowane ogromną presją, która towarzyszyła jego osobie (był w końcu już w latach pięćdziesiątych żywą legendą i ikoną holywood – symbolem amerykańskiego patriotyzmu, heroizmu i stylu życia) Dopiero gdy presja nico opadła, a na dodatek ciężka choroba sprawiła, że śmierć zaczęła zaglądać mu w oczy zrozumiał, że nie ma już nic do stracenia. Wtedy postanowił sięgnąć po pełnię swego talentu i dopisać do bogatej filmografi jeszcze kilka wielkich ról.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 1 września 2011. Odpowiedz

    No i co? Przez ostatnie trzy miesiące nie obejrzałeś żadnego westernu, o którym warto by napisać? Ja widziałem ostatnio „Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”. Mogę polecić, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdemu się spodoba. Nowa wersja „Prawdziwego męstwa” mi się nie podobała, ale wspomniany film o Jessem Jamesie pozytywnie mnie zaskoczył i jak na razie uważam go za najlepszy western XXI wieku.

  • Napisane przez Westerny w dniu 1 września 2011. Odpowiedz

    Nie wiem jak Ty to zrobiłeś, ale dodałeś ten wpis dzień po tym jak wkleiłem notkę na temat „Synów Katie Elder” :). Chyba Ci się nie wyświetliło hehe.
    Westerny oglądałem, ale nie miałem weny do bloga. Piszę też inne rzeczy, np. opowiadania i felietony dla wirtualnych czasopism. Mam też kilkanaście innych pasji, którym poświęcam czas i jakoś tak wyszło :). Moja kolekcja za to wzbogaciła się o jakieś dziesięć nowych pozycji, więc mam o czym w sumie pisać :).
    Pzdr.

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 1 września 2011. Odpowiedz

    Jak wchodzę na ten blog to na stronie głównej jest notka o filmie „Synowie szeryfa”. Nie widzę „Synów Katie Elder”. Naprawdę!

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze




  • RSS