{ksywa}.blog

Wpisy z okresu: 4.2011

Bandolero

5 kwietnia 2011 o 19:48 :: komentarze

                Andrew V. McLaglen to reżyser okresu przejściowego, który uraczył nas wieloma bardzo ciekawymi Westernami o zgrabnie prowadzonych fabułach i sprawdzonych obsadach aktorskich.  Specjalizował się w Westernach stylizowanych na modłę klasyczną – nierzadko sequelach wielkich produkcji – a najciekawsze pozycje spod jego ręki ujrzały światło dzienne na przełomie lat 60-tych i 70-tych.  Ostatnio, w programie telewizyjnym „Ale Kino”, mogliśmy oglądać niezły Western pana Mclaglena, a mianowicie „Bandolero” z ciekawą kreacją Jamesa Stewarta.

                Film ujrzał światło dzienne w roku 1968 i jest to pozycja godna polecenia fanom Dzikiego Zachodu ze względu na niemały rozmach z jakim go zrealizowano, piękne zdjęcia i plejadę gwiazd.  W ogóle lata 60-te dwudziestego wieku to szczególny okres w historii.  Jest to okres apogeum Westernu, w którym powstała ogromna liczba filmów wysokonakładowych.  Jest to też zarazem zmierz tego gatunku – zmierzch epickiego, malowniczego Dzikiego zachodu, w którym dzielni szeryfowie w pojedynkę walczą z szubrawcami, a oficerowie kawalerii w romantycznych plenerach bronią niewinnych niewiast przed atakami Indian.  McLaglen to jeden z wielu reżyserów tamtego okresu, którzy garściami czerpali z dorobku wcześniejszych dekad.  Jego Westerny na pewno nie były tymi pierwszoplanowymi, nie były bardzo odkrywcze, nie było w nich w zasadzie nic, czego byśmy wcześniej nie zasmakowali u Forda, Hawksa czy Manna.  Ale mimo to, jego filmy ogląda się dobrze, a to za sprawą korzystania ze sprawdzonych wzorców i aktorów (jak Wayne, Stewart czy Martin).  Ponadto reżyser ten podsuwa wiele ciekawych pomysłów fabularnych, a także nakrapia swoje obrazy zarówno poczuciem humoru jak i odrobiną refleksji na temat ludzkiej natury.

                Akcja filmu rozgrywa się na granicy teksańsko-meksykańskiej.  Niejaki Mace Bishop (James Stewart), włóczęga i weteran wojny secesyjnej, dowiaduje się, że do pobliskiego miasta zmierza kat aby powiesić miejscowy gang, którego liderem okazuje się jego brat Dee (Dean Martin).  Bishop dogania kata na prerii i pod pozorem zainteresowania zawodem oprawcy, kradnie mu strój i konia.  Miejscowy szeryf (George Kennedy), zakochany w pięknej meksykance – Marii Stoner (Raquel Welch) pragnie jak najszybciej pozbyć się herszta bandy, którego Maria darzy pewnym uczuciem, mimo, iż ten zabił jej męża.  Jednak fałszywy kat, zamiast wykonać wyrok, pomaga uciec rzezimieszkom, a sam, korzystając z okazji, rabuje miejscowy bank.  Tak zaczyna się pełna przygód ucieczka braci przed pościgiem, która zakończy się wspólną walką przeciw meksykańskim bandytom zwanym Bandolero…

                Film, oprócz aspektów przygodowo fabularnych, zawiera dużo treści moralno-życiowych.  Bracia bardzo się od siebie różnią.  Mace walczył w wojnie po stronie Unii, Dee po stronie Południa.  Mace to człowiek względnie praworządny i dobrze wychowany, Dee to nieokrzesany rzezimieszek, który zadaje się z bandą recydywistów.  Mace to człowiek oddany rodzinie i szanujący tradycję, Dee to syn marnotrawny, którego występki doprowadziły do śmierci matki.  Jednak z upływem czasu widz dostrzega, że bracia tak naprawdę są do siebie bardzo podobni.  Pozornie praworządny Mace korzysta z okazji by obrabować bank.  Zaś rzekomo niezdolny do uczuć i miłości Dee, zakochuje się z wzajemnością w Marii.  Istotna jest też postać szeryfa Jully Johnsona, który w poszukiwaniu ukochanej gotów jest przemierzyć złowrogie pogranicze.  I choć nienawidzi Bishopów, w momencie próby staje z nimi ramię w ramię i walczy z bandytami.

                „Bandolero” to Western jakich wiele i zapewne nie można zaliczyć go do czołówki gatunku.  Jednak polecam ten film nie tylko pasjonatom, ale każdemu kinomaniakowi.  Dużym plusem jest świetna gra Jamesa Stewarta, który po raz kolejny udowadnia, że z upływem czasu nie ubywa mu blasku i fantazji.  Welch i Kennedy także trzymają wysoki poziom.  Osobiście byłem nieco zawiedziony grą Deana Martina, ale to pewnie dlatego, że ja ciągle przed oczami mam Dude’a z „Rio Bravo”.  Jest to rola, która wyszła mu tylko raz i takim go na zawsze zapamiętam.  Dodam jeszcze, że film ma piękne zdjęcia i równie udaną muzykę autorstwa Jerry Goldsmitha.  To wszystko razem daje nam pozycję godną polecenia na deszczowe, wiosenne popołudnia J.



Westerny Przejściowe
, , , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS