{ksywa}.blog

Rio Bravo

7 kwietnia 2011 ", ", 8 komentarzy

               Myślę, że absolutnie nikt, włączając w to samego Howarda Hawksa, nie spodziewał się, że „Rio Bravo” stanie się jednym z najsłynniejszy i najchętniej oglądanych Westernów w dziejach.  Szczerze mówiąc, film nie ma w sobie zbyt wiele z „typowych” Westernów, czyli takich, które obfitują w charakterystyczne dla tego gatunku motywy.  Nie ma w nim konnych pościgów przez dzikie tereny pogranicza.  Nie ma potyczek z Indianami, nie ma kawalerii, nie ma nawet pojedynków strzeleckich jeden na jednego.  Nie ma dyliżansów, nie ma kowbojów goniących bydło niegościnnymi szlakami, nie ma budowniczych kolei ani łowców bizonów.  Cała akcja dzieje się w sennym, teksańskim miasteczku, odciętym od świata, w którym garstka outsiderów stara się uporać z własnymi słabościami. Co jest więc w tym filmie takiego, że stał się ikoną klasycznego Westernu?  Odpuszczę sobie w przypadku „Rio Bravo” typową recenzję (każdy zna ten film na wylot).  Postaram się raczej odpowiedzieć na zadane wyżej pytanie analizując własne spostrzeżenia i przemyślenia.

               Film zrealizowano w roku 1959, a więc u schyłku epoki klasycznej, kiedy to reżyserzy coraz częściej odbiegali od typowych rozwiązań, sięgając nieco głębiej – do psychologii bohaterów, koncentrując się bardziej na ich wewnętrznych rozterkach niż na emocjonujących widza efektach wizualnych i zwrotach akcji.  Twórcą filmu jest Howard Hawks, a więc jeden z najwszechstronniejszych reżyserów tamtego okresu, który w trakcie pracy nad Rio Bravo miał prawie czterdziestoletnie doświadczenie filmowe, a znaczące Westerny kręcił już w latach 40-tych.

               Nie wiem dokładnie jakim człowiekiem był Howard Hawks, ale wiem jedno – miał umiejętność tworzenia czegoś z niczego.  Wyciągania z ludzi, z którymi pracował, tego, co najlepsze.  Z pozornie nijakich opowiadań i scenariuszy reżyserował wyborne filmy.  Nie potrzebował wiele, aby z prostej historii stworzyć naszpikowaną pomysłami fabułę z ogromnym ładunkiem emocjonalnym.  Wiedział, że charyzma Johna Wayne’a gwarantowała nie tylko sukces kasowy, ale coś więcej – pewność, że reszta aktorów wespnie się na Kilimandżaro swoich możliwości.  Mógł więc pozwolić sobie na pewne kadrowe szachy, ale o tym w kolejnym akapicie J.

               Widzowie lubią postacie filmowe, z którymi mogą się utożsamiać.  Lubią tych, co mają wady, którym nie wszystko w życiu wychodzi.  Założeniem Hawksa przy kreowaniu głównych bohaterów było wynalezienie takich właśnie outsiderów, którzy, choć wyśmiewani i budzący politowanie, działając razem są w stanie przeciwstawić się bogatemu ranczerowi i opłacanej przez niego bandzie zbirów.  Walter Brennan sprawdził się już jako zrzędliwy, naiwny staruszek w duetach z Waynem („Red River”) czy ze Stewartem („Far Country”).  Postacie grane przez niego, choć zwykle drugoplanowe, to bardzo mocna i wyrazista strona każdego filmu, w którym grał (nie bez kozery pan Walter jest zdobywcą aż 3 Oskarów).  Pokerową zagrywką było zatrudnienie Ricky Nelsona, piosenkarza rokendrolowego i bożyszcza ówczesnych nastolatków.  Nie byłoby nic dziwnego w zatrudnieniu piosenkarza, gdyby nie fakt, że w filmie zagrał też inny piosenkarz – Dean Martin.  Okazało się to jednak strzałem w dziesiątkę, a piosenka „My riffie, my ponny and me” stała się wielkim hitem i chyba najbardziej znaną piosenką Westernową.  Zresztą muzykę do piosenki skomponował weteran Westernowych melodii -  Dimitri Tiomkin, a Hawks wykorzystał ten motyw już w „Red River”.  Wracając jeszcze do Deana Martina, to w „Rio Bravo” zagrał on najlepszą rolę swego życia i zarazem najlepszą rolę tego filmu, bijąc chyba nawet samego Johna Wayna.  Postać Dude’a jest tak wyrazista, przejmująca i zabawna zarazem, że oglądać go to czysta przyjemność…

               Tak czy inaczej oddzielny akapit należy poświęcić Waynowi i granej przez niego postaci szeryfa Johna T. Chanse’a.  Hawks dobrze wiedział, że wszystko rozegra się wokół niego, że wszystkie oczy skierowane będą właśnie na rzutkiego szeryfa.  Jego postać została dopracowana z dbałością o wszelkie szczegóły.  Wiemy o nim, że był rewolwerowcem, któremu z wiekiem znudziły się strzelaniny i osiadł w bezbarwnym Rio Bravo.  Jest przyjacielem Dude’a, którego traktuje niemalże jak młodszego brata i mimo, że tamten wielokrotnie go zawiódł, on daje mu jeszcze jedną szansę.  Także dla Stumpy’ego jest jedyną rodziną i człowiekiem, który z uśmiechem znosi zrzędzenie kulawego staruszka.  Szeryf jest postacią bardzo szanowaną i mimo, że trzyma Rio Bravo twardą ręką, to jednak dla mieszkańców jest bardziej jak przyjaciel niż urzędnik; z każdym potrafi się pośmiać, wypić czy pomóc w potrzebie.  Zna się na rewolwerach, jednak jego ulubioną bronią jest karabin wielostrzałowy, z którym praktycznie się nie rozstaje (ta broń to w ogóle taki charakterystyczny znak Wayne’a).  Od razu dostrzega wielkie umiejętności Colorado (Nelson) jednak nie nalega aby ten się do niego przyłączył, nie chcąc go narażać.  Sumując, John T. Chance to twardy, rozsądny facet, którego nic nie jest w stanie zbić z tropu…  No, za wyjątkiem jednego – kobiety, i właśnie pojawienie się w mieście pięknej hazardzistki Feathers (Angie Dickinson) sprawia, że wszystko się jeszcze bardziej komplikuje.  Jednak najistotniejszym zabiegiem Hawksa było pokazanie widzowi, że nawet największy twardziel i stróż prawa nie znaczy nic w pojedynkę.  Kiim byłby John T. Chance bez Dude’a, Colorado, Stumpiego i Feathers?  Ano byłby trupem!  I myślę, że to możemy podpiąć pod ewidentną polemikę z Zinnemannowską wizją szeryfa (High noon).

               Aktorstwo aktorstwem, polemika polemiką, ale Rio Bravo to przede wszystkim dobrze opowiedziana historia o ludziach nieprzekupnych.  Główni bohaterowie i ich przyjaciele to jedyni mieszkańcy Rio Bravo, których miejscowy magnat – ranczer Nathan Brudett (John Russel) nie jest w stanie kupić.  Zresztą każdy z głównych bohaterów ma powód aby nie przepadać za Brudettem.  Stumpy (kulawy starzec), bo ranczer niegdyś zagrabił mu jego ziemię.  Dude (alkoholik i żebrak) bo ma dosyć naśmiewających się z jego nałogu rzezimieszków.  Colorado (młodziutki rewolwerowiec) bo ludzie Brudetta zabili jego pracodawcę Pata Wheelera (Ward Bond).  Zaś sam szeryf (człowiek o ponurej przeszłości) nienawidzi ludzi pokroju Brudetta – prawdopodobnie sam dla takich jak on niegdyś musiał pracować.  Jest to tym samym typowo hollywoodzka opowieść o życiowej niesprawiedliwości.  Niesprawiedliwości, którą ciężko zwalczyć, gdyż za przeciwnika ma się zarówno gardzących prawem bandziorów, jak i własne ułomności.  Jednak ostatecznie, dzięki odwadze i poświęceniu, dobro zatriumfuje, a każdy z bohaterów pokona o wiele większego przeciwnika niż Brudette i jego ludzie – pokona własne słabości.

               Wszystko to oprawione jest w niezwykle dobre zdjęcia Russella Harlana (kręcił dla Hawaksa także „Bezkresne niebo” i „Red River”) bardzo dobrze oddające usypiającą atmosferę teksańskiego miasteczka.  Przygodom bohaterów nieustannie towarzyszy świetna muzyka autorstwa wspomnianego wcześniej Dimitri Tiomkina.  Muzyka zresztą jest tu nie tylko tłem filmowym, ale i częścią fabuły, bo na przykład Colorado i Dude umilają sobie czas śpiewając piosenki przy akompaniamencie harmonijki Stumpy’ego.  Albo na przykład najemnicy Brudetta, alby obniżyć morale przeciwnika, grają szeryfowi i jego ludziom pieśń, którą Meksykanie grali obrońcom Alamo.  Jednym słowem, Hawks wykorzystuje wszelkie znane ówczesnej kinematografii sposoby i triki aby ubarwić i uwiarygodnić filmową opowieść i to się czuje.  Czuje się też rozgoryczenie i niemoc Dude’a, który nie potrafi opanować trzęsących się rąk, rąk, które dla rewolwerowca są gwarantem jakości i sprawności.  Czuje się ból w nodze Stumpy’ego i samotność zamkniętego za kratami aresztu staruszka.  Czuje się niezdecydowanie młodziutkiego Colorado, który potrzebuje czasu aby dojrzeć do decyzji o pomocy szeryfowi.  Wreszcie czuje się dumę, a zarazem zakłopotanie Johna Chance’ya, który odkrył, że potrafi się zakochać w kobiecie…

               Chwała Hawksowi za ten film.  Każdemu go oczywiście GORĄCO POLECAM choć wiem, że polecać go nikomu nie trzeba…


Klasyczne Westerny

, , , , , , , , ,

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 8 kwietnia 2011. Odpowiedz

    W leksykonie ’100 westernów’ Łukasz Plesnar pisze, że jest to „western pomyślany jako odpowiedź na brak wiarygodności psychologicznej i realistycznej filmu Freda Zinnemanna ‚W samo południe’. Zarówno Hawksa jak i Wayne’a irytowała wizja szeryfa błąkającego się po mieście w poszukiwaniu pomocników, którzy pomogliby mu wypełnić obowiązek.”

    I mnie właśnie western Hawksa bardziej przekonuje niż film Zinnemanna. Uważam, że „Rio Bravo” to nie tylko jeden z najlepszych westernów, ale to również jeden z najlepszych filmów w ogóle. Doskonale poprowadzona akcja, świetnie przedstawione postacie, dobre dialogi, odrobina humoru (dzięki Walterowi Brennanowi), efektowny finał i zapadające w pamięć sceny, jak np. scena, w której kobieta pomaga rozprawić się z przestępcami, rzucając doniczką w okno.

  • Napisane przez Golden w dniu 8 kwietnia 2011. Odpowiedz

    A to nie John Wayne stwierdził keidyś, że „W samo południe” to najbardziej amerykański film w historii??

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 8 kwietnia 2011. Odpowiedz

    Nie wiem, ale każdy człowiek ma prawo zmienić zdanie :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 8 kwietnia 2011. Odpowiedz

    Zgadzam się z opinią, że „W samo południe” to film niewiarygodny z psychologicznego punktu widzenia. Najbardziej mnie wkurzyło, że żona opuściła Kane’a. Jenak sam film to jak dla mnie kamień milowy w kinematografi i napewno więcej niż Western. Ale jeszcze o nim napiszę :)

  • Napisane przez Simply w dniu 7 stycznia 2012. Odpowiedz

    A ja – zajmując stanowisko w sporze klasyków o realizm – jestem po stronie Zinnemana. Owszem, bez trójki pomagierów T. Chance byłby trupem w try miga. I nawet nie dla tego, że stawał przeciw całej bandzie, a Bill Kane miał tylko czterech kolesi do rozwałki. Przypomnijmy, jak ów ,,…twardy, rozsądny facet, którego nic nie jest w stanie zbic z tropu” radzi sobie w różnych sytuacjach:
    - już w pierwszej scenie daje się zaskoczyc i znokautowac gościowi z delirium tremens.
    - nieco pózniej kilku bandziorów bez problemu osacza go i rozbraja. Gdyby nie fachowa interwencja żółtodzioba Colorado, stary wyjadacz gryzłby piach.
    - w kolejnej sytuacji przeciwnicy nie muszą używac nawet broni, czy kija; sznurek rozciągnięty nad podłogą okazuje się na niego dobry,
    To tylko kilka przykładów. Gdyby Ti Czejns znalazł się w sytuacji Billa Kejna, zdążyłby się pewnie ze dwa razy zabic o własny cień, jeszcze przed przybyciem Franka Millera. Bo prawda jest taka, że to DUBELTOWA CIAMAJDA, największa z całej czwórki. Miał farta, że że mu kumple pomogli w przeciwieństwie do Kane’a, ot co. Z resztą ich sytuacja jest zgoła odmienna. Natan Burdette nie zagraża Chance’owi bezpośrednio, to on rzuca mu wyzwanie, aresztując jego brata, czy tam syna. A Frank Miller poprzysiągł, że zabije szeryfa Kane’a i ten dobrze wie, że czeka go konfrontacja prędzej, czy pózniej. A podejmując walkę na własnym terenie w wybranym przez siebie momencie daje niezbity dowód realizmu i pragmatyzmu.

  • Napisane przez Westerny w dniu 10 stycznia 2012. Odpowiedz

    Hehe, no Panie Simple, włożyłeś kij w mrowisko. Od dawna mnie korci żeby napisać o „High Noon”, bo mnie ten film się strasznie podoba i pewnie niebawem to zrobię…

  • Napisane przez ~Pan Szyszek w dniu 17 listopada 2013. Odpowiedz

    Całkiem ciekawa recenzja. Jak dla mnie „W samo południe” i „Rio Bravo” są równie dobre, a jedynie inne. Mnie jednak bardziej zaciekawił wątek szeryfa szukającego pomocy, ale z braku pomocy nie poddającego się, a walczącego samotnie.

  • Napisane przez Westerny w dniu 17 listopada 2013. Odpowiedz

    Witaj, Panie Szyszku. Dzięki za komentarz. Ja też uważam, że oba filmy są równie ciekawe, po prostu prezentują inną wizję szeryfa. Muszę się sprężyć i napisać w końcu o High Noon.
    Pozdrawiam.

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze




  • RSS