{ksywa}.blog

Wpisy z okresu: 12.2010

Mściciel z Laramie

10 grudnia 2010 o 20:18 :: komentarze

            Dobrze.  Najwyższy czas wziąć się za kolejnego reżysera, bo obiecałem sobie, że w miarę możliwości będę unikał seryjnych notek o filmach tego samego twórcy, a Costnera już dwukrotnie recenzowałem.  Czas zabrać się za film następnego z wybitnych klasyków.  Tym razem będzie to Anthony Mann, bo jest on z pewnością w czołówce najznamienitszych twórców.  Jakoś kilka miesięcy temu miałem okazję oglądnąć kilka jego filmów pod rząd m. in. „Daleki kraj”, „Nagą ostrogę”, „Gwiazdę szeryfa” i „Winchester 73’”, a dziś, przeglądając swoje Westerny, rzucił mi się w oczy jedyny, którego wtedy nie odświeżałem.  Mowa o „Mścicielu z Laramie”.  Za wyjątkiem „Nagiej ostrogi” uważam ten film za jeden z najciekawszych w dorobku duetu Mann/Stewart i postaram się wyjaśnić dlaczego.

                Film ujrzał światło dzienne w roku 1955, czyli w złotej dekadzie Westernu, kiedy to gatunek ten ewoluował z pierwotnych, klasycznych form w nieco bardziej ambitne obrazy.  Niektórzy upatrują w tym okresie podgatunku Westernu, nazywając ówczesne produkcje Westernem psychologicznym, lub Nadwesternem, gdzie przedstawiona rzeczywistość – choć ciągle ujmowana w klasycznych barwach – emanuje nowatorskimi rozwiązaniami fabularnymi oraz niejednoznaczną charakterologią postaci.  Ja osobiście nie stosuję takich podziałów gdyż ewolucja Westernu nie wynikała z pojawienia się jakichś konkretnych reżyserów czy aktorów reprezentujących nową myślą filmową, to po prostu był naturalny rozwój filmu, w którym udział mieli zarówno twórcy starsi, uznani, jak i ci, którzy w tamtym okresie debiutowali.  Warto jednak dodać, że jest to ostatni film Manna z udziałem Jamesa Stewarda, wieńczący serię niezwykle udanych i pamiętnych obrazów.  Tak więc obaj panowie mieli już na swoich barkach spory bagaż wspólnych doświadczeń, co widać, bo film jest niezwykle dojrzały…

                 Ja osobiście nie przetłumaczyłbym tytułu „Man from Laramie” jako „Mściciel z Laramie”.  O wiele lepiej i precyzyjniej byłoby po prostu „Człowiek z Laramie” lub „Przybysz z Laramie”.  Tłumacz, zdradzając w tytule, że mamy do czynienia z mścicielem, niepotrzebnie uchyla już od początku rąbka tajemnicy.  Bo w filmie jest pewna tajemnica oplatająca postać głównego bohatera i prawdziwy powód jego przybycia do Coronado.  Widz ma ciągle poczucie, że czegoś nie wie – czegoś ważnego.  Reżyser podsyca to poczucie budując coraz większe napięcie, aż do momentu, gdy zagadka się rozwiązuje.  W tym aspekcie „Mściciel…” przypomina mi nieco filmy Hitchcocka czy Polańskiego; jest to taki Western z wątkiem kryminalnym.

                Film jest naprawdę świetny pod względem fabularnym.  Fabuła i akcja są bardzo płynne, odpowiednio poukładane, tak, że ogląda się go znakomicie, zresztą jak wszystkie filmy Manna.  Jest grupa twórców, która opanowała do perfekcji „miodność” i płynność westernowych fabuł (oglądalność) – oprócz Manna zaliczyłbym do niej także Henry Hathawaya i Howarda Hawksa.  Ich filmy, to takie strumienie fabularne, w które gdy się wskoczy, to płynie się wygodnie aż do samego końca, nawet jeśli sam pomysł czy gra aktorska nie są wielce górnolotne.  Tutaj mamy Willa Lockharta (jak zawsze wyborny James Steward), który przybywa do miasteczka Coronado, aby rzekomo dostarczyć towar do miejscowego sklepu.  Nieporozumienie przy solankach na ranczu Barb jest dla niego świetnym pretekstem aby zostać w okolicy na dłużej i rozpocząć pewne prywatne śledztwo.  W rozwikłaniu zagadki pomaga mu stary kompan – Charley (Wallace Ford).  Za przyjaciół ma również miejscową ranczerkę Kate (Aline MacMahon) oraz siostrzenice wpływowego ranczera – Barbarę (Cathy O’Donnell).  Ów ranczer – Alec Wagomann (Donald Crisp) – wraz ze swoim  synem Davem (Alex Nicol) oraz zarządcą Vic’iem (doskonały Arthur Kennedy) kontrolują miasto oraz całą okolicę.  Stary ranczer, który uważa Lockharta za człowieka ze swych koszmarów sennych, nie zdaje sobie sprawy, że jego prawdziwy wróg czai się znacznie bliżej niż przypuszczał…

To, za co lubię filmy Manna to, oprócz doborowych fabuł, również dialogi.  Nie są one może wybitne, fundamentalne jak w „Poszukiwaczach”, „Skarbie Sierra Madre” czy „Siedmiu wspaniałych”, ale są po prostu dosadne i świetnie pasujące do przedstawianych postaci i sytuacji.  Np. gdy Lockharta wtrącili do więzienia pod zarzutem morderstwa, przychodzi po niego Kate i pyta co ma myśleć o tym, że wdał się w bójkę z facetem, którego później znajdują martwego.  Na co Lockhart odpowiada: „Że go zabiłem.  Przybyłem z Laramie, by czaić się z nożem w ciemnym zaułku na miejscowego pijaka.”  Steward jest mistrzem w kreowaniu postaci posługujących się takimi właśnie dialogami, łączącymi w sobie cynizm, gniew i błyskotliwą improwizację.  Strasznie mi się to podoba…

Znów błysnę brakiem obiektywizmu i otwarcie przyznam się, że James Steward to mój ulubiony Westernowy aktor.  Był po prostu uniwersalny, jak mało kto.  Miał po trosze ze wszystkich najlepszych z tamtego okresu, potrafił też umiejętnie wcielić się w każdą rolę (to, że w Westernach grał zwykle pierwszoplanowe role nie pokazuje w pełni wielkości jego talentu i umiejętności adaptacji).  Bardzo wiele pomogło mu w karierze, że trafił na tak wybitnych reżyserów jak John Ford (był, obok Wayna i Fondy, członkiem tak  zwanej Kompani Forda) oraz Anthony Mann, którzy wycisnęli z niego maksimum możliwości.  Obaj reżyserzy prezentowali nieco odmienną filozofię kręcenia filmów i dzięki lawirowaniu między ich planami stał się po prostu wielką gwiazdą (grywał oczywiście nie tylko w Westernach).

Nie będę się dłużej rozpisywał o tym, o czym pisze się w większości recenzji czyli o grze poszczególnych aktorów czy znaczeniu poszczególnych wątków fabularnych w filmie.  Szczególnie, że fabuły i najważniejszych wątków filmu akurat w przypadku „Mściciela z Laramie” nie powinno się zdradzać, aby nie psuć wybornej zabawy przy oglądaniu.  Po prostu zachęcę każdego fana Westernów do sięgnięcia po ten film, a sobie zostawię nieco informacji i szczegółów na kolejne notki, bo o duecie Mann/Steward jeszcze wielokrotnie będę pisał, podobnie jak o duetach Ford/Wayne czy Hawks/Wayne.  Jest to pozycja obowiązkowa!!  POLECAM!



Klasyczne Westerny
, , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS