{ksywa}.blog

Wpisy z okresu: 11.2010

Poszukiwacze

23 listopada 2010 o 14:28 :: komentarze

               No, w końcu musiał nadejść ten moment.  Nie mogłem odkładać go w nieskończoność J.  Czas zmierzyć się ze swoim największym demonem – najwybitniejszym i najbardziej amerykańskim reżyserem w dziejach – Johnem Fordem (to oczywiście moje, subiektywne zdanie).  Jako, że jest to jeden z najpłodniejszych twórców filmowych w historii (wyreżyserował ponad sto czterdzieści filmów) jeszcze wielokrotnie przyjdzie mi tu opisywać jego dzieła, ale paradoksalnie (jako, że niezawodne TVN7 wyemitowało go w ostatnią niedzielę) zacznę od jednego z późniejszych, klasycznych Westernów.  Ba, od jednego z najpiękniejszych filmów w ogóle.  Od „Poszukiwaczy” (The Searchers)…

               Film powstał w roku 1956 i jest jak zwierciadło, które odbija cały wcześniejszy dorobek Johna Forda.  „Ojca Westernów”, który notabene zdobył sześć Oscarów – lecz żadnego za Western.  Ten film wieńczy najwspanialszy okres w jego karierze, rozpoczęty pamiętnym „Dyliżansem” (chociaż później, Ford jeszcze kilka istotnych pozycji zrealizował, jak choćby wyborną „Jesień Cheyenów”).  Jest to Western klasyczny, ale i nowatorski, w którym Ford podda swoje wcześniejsze obrazy mocnej rewizji; malowniczy, ale przepełniony lękiem, mrokiem i obawą egzystencjalną; po raz kolejny z Johnem Waynem, ale z zupełnie innym Johnem Waynem – takim, jakiego nigdy wcześniej i później nie widziano na ekranie (no, może tylko w „Red River” i „True grit” kreowane przez niego postacie były równie głębokie i niejednoznaczne).  Jest to jeden z najważniejszych Westernów, i choć żeby odpowiednio opisać całą jego magię i inność należałoby wydać książkę, ja postaram się streścić to wszystko w tej krótkiej notce.

               „Poszukiwacze” opisują pięcioletnią tułaczkę dwóch mężczyzn, przemierzających odległe zakątki Dzikiego Zachodu, w poszukiwaniu porwanych przez Komanczów młodych dziewczyn.  Jednym z nich jest Ethan Edwards (wybitna kreacja Johna Wayna) – konfederacki żołnierz i weteran Wojny Secesyjnej.  Jest to człowiek niezwykle doświadczony, ale i rozgoryczony; realista, który nienawidzi Indian i wie do czego są zdolni.  W wędrówce towarzyszy mu Martin Pawley (wyśmienity Jeffrey Hunter) – chłopak odnaleziony niegdyś przez Ethana i adoptowany przez jego rodzinę.  Martin sam jest w jednej ósmej Indianinem, co czyni go postacią niezwykle istotną i narzędziem w rękach oskarżanego o rasizm Johna Forda.  Obu mężczyzn, mimo iż różnią się pod każdym względem – charakterem, wiekiem, „kolorem skóry”, przekonaniami i usposobieniem – łączy silna więź oraz cel, którym jest odnalezienie uprowadzonej przez Indian Debbie (Natalie Wood).  Obaj też przejdą wielką metamorfozę, a wieloletnia tułaczka sprawi, że zmieni się ich światopogląd.

               Film urzeka widza praktycznie w każdym momencie.  Zaryzykuję twierdzenia, że nikt wcześniej, ani później nie wycisnął tyle mocy z kadrowanych krajobrazów co John Ford z Monument Valley właśnie w „Poszukiwaczach”.  I choć obszar ten wielokrotnie pojawiał się w jego filmach, to zastosowanie nowatorskiej technologii panoramicznego obrazu „Vista Vision” sprawiło, że MV ukazało się widzom w zupełnie nowych barwach.

Kolejnym atutem jest wyśmienita obyczajowość teksańskiego pogranicza, gdzie ludzie dosłownie walczą o przetrwanie pośród niegościnnej dziczy, lecz to w żadnym stopniu nie przeszkadza im wieść barwnego, wypełnionego pobożnością i poszanowaniem bliźniego, życia.  I właśnie!  Dialogi!  Ford – jako zagorzały Katolik – niezwykle umiejętnie przeplata symboliczne, biblijne wersy i przypowieści, między dialogami bądź co bądź purytańskiej ludności (postacie Pastora Kapitana Claytona (świetny Ward Bond) czy starego Mose’a Harpera (niezwykle charakterystyczna rola Hanka Wordena)).  Każda postać posługuje się swoim własnym ,wyjątkowym językiem, nie pozostawiając wątpliwości, że ma coś symbolizować.  Moim zdaniem jest to jeden z trzech najlepszych Westernów pod względem dialogów.  Ponadto, reżyser dobrze wyjaśnia jak ważny, dla garstki ujarzmiających Zachód ludzi, był każdy człowiek.  Wiara w człowieka i troska o innych jest w przedstawionym środowisku tak ważna, że główni bohaterowie będą latami poszukiwali porwanych dziewcząt, narażając się na niebezpieczeństwa i nawet nie będąc pewnymi czy w ogóle jest sens szukać.

John Ford należał do pokolenia, które wychowało się na tradycji wojny z Indianami.  Był to człowiek, który znał i pamiętał Dziki Zachód z autopsji.  Znał zarówno Indian, jak i tych, którzy z nimi walczyli (Znał też osobiście np. Wyatta Earpa i wiele innych prawdziwych postaci z Dzikiego Zachodu, szczególnie wojskowych).  Nic dziwnego, że jego filmy mają tak bardzo wojskowy, patriotyczny wydźwięk.  Nie może też zbytnio dziwić, że w większości jego Westernów Indianie ukazani są jako ta „gorsza” strona konfliktu; dzicz, która nie potrafi przystosować się do „nowego” i z zimną krwią morduje i skalpuje białych.  Jednak John Ford to też człowiek, który potrafi się do tego przyznać i poddać swoje dzieła rewizji.  I nie zgodzę się z tezą, że to późniejsi twórcy rozpoczęli rewizję Forda (Major Dundee) – tak naprawdę zaczął ją już sam John Ford.  Martin Pawley jest po części Indianinem – dlatego potrafi spojrzeć na problem Indian inaczej niż zaślepiony Ethan.  To on ratuje Debbie od pomsty Ethana, który nie mógł zdzierżyć, że jego bratanica stała się kobietą Komanczów.  Jednak najbardziej brzemienną sceną w filmie jest moment gdy Ethan i Martin polują na biozny.  Nagle słychać kawaleryjską trąbkę, która oznajmia przyjazd wojska (typowe dla filmów JF).  Jednak w kolejnej scenie obserwujemy zmasakrowany obóz Indian i z zimną krwią zamordowane kobiety i dzieci.  Żeby zrozumieć jak niewiarygodnie trudna to była dla Forda scena, należy zdać sobie sprawę, że podczas wojny był on wysokim oficerem wojsk USA – komandorem, a po wojnie nawet kontradmirałem!.  Tak więc Ethan Edwards przechodzący przemianę w trakcie trwania filmu, to nikt inny jak sam John Ford, który publicznie przyznaje się do swej niedoskonałości i nawiązuje polemikę ze swoją własną twórczością.

Ethan Edwards to zresztą chyba najlepiej skonstruowana przez Forda postać filmowa.  Wielka w tym zasługa samego Johna Wayna, który wspiął się na wyżyny swoich możliwości.  Siła jego bohatera płynie przede wszystkim z siły przeciwnika – wodza Komanczów, niejakiego Blizny (Henry Brandon).  Ethan i Blizna to godni siebie przeciwnicy – można wręcz powiedzieć, że są bardzo do siebie podobni.  I tylko wielka determinacja i chęć zemsty sprawia, że ostatecznie to Ethan triumfuje.  Choć nie jest to tryumf o jakim myślał.  Tak naprawdę zawodzi na całej linii – to Martin zabija Bliznę.  Jednak jako człowiek uczy się czegoś nowego – tolerancji i umiejętności wybaczania…

„Poszukiwacze” to film, który łączy w sobie dynamiczną akcję klasycznego Westernu z malowniczym krajobrazem Monument Valley i wymowną, barwną obyczajowością Dzikiego Zachodu.  To film wędrówki na tle wielkiego dramatu.  Ale to także film, w którym pełno pytań o istotę złości i agresji ludzkiej par excellence.  Brutalności, której na ekranie wprost nie widać, lecz przez to jest ona jeszcze bardziej obecna i przerażająca.  To w końcu film nadziei, który kończy się happy endem i przekazem mówiącym, że nawet najbardziej rozgoryczony outsider jest w stanie się nawrócić i znaleźć szczęście i cel w życiu.  To w moim mniemaniu jeden z pięciu największych Westernów wszechczasów.  Zrobiony z ogromnym rozmachem i kończący pewien etap w karierze znakomitego reżysera.  To pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów Westernu, ale dla każdego kino-maniaka.  GORĄCO POLECAM!



Klasyczne Westerny
, , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS