{ksywa}.blog

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie

3 listopada 2010 ", ", 10 komentarzy

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (Once upon a time in the West) to film, o którym mógłbym napisać książkę.  Jest to dzieło tak wielopłaszczyznowe i tak różnorodne pod względem konstrukcyjnym, aktorskim i znaczeniowym, że nie sposób właściwie ująć tego w jednej, krótkiej, blogowej notce.  Mimo wszystko postaram się to zrobić, opisując jedynie najistotniejsze wg mnie kwestie.

                Film ten został zrealizowany w roku 1968, przez Włoskiego reżysera Sergio Leone, który w tamtym okresie miał już na koncie wyborną trylogię Westernów z Clintem Eastwoodem w roli głównej, zwaną potocznie „Trylogią Dolara”.  „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” było niejako ukoronowaniem jego twórczości związanej z Westernem, wyrazem podziwu dla amerykańskich filmów o Dzikim Zachodzie i hołdem dla najwybitniejszych twórców tego gatunku.

                Nie wiem od czego zacząć, więc zacznę od postaci, bo chyba najważniejsze w tym filmie są pojawiające się postacie.  Ennio Morricone – autor muzyki do filmu – dla każdej z czterech głównych postaci skomponował oddzielny wątek muzyczny i gdy na ekranie pojawia się ktoś z nich, towarzyszy mu inna, charakterystyczna melodia.  Jest to wspaniały zabieg, który dodatkowo utwierdza widza w przekonaniu, że każda z postaci jest na swój sposób wyjątkowa, odmienna od reszty i reprezentująca własny system wartości.

-  Jill McBain (świetna Claudia Cardinale) – Młoda, piękna kobieta, która przybywa do miasteczka z Nowego Orleanu, gdzie jakiś czas wcześniej poślubiła Brett’a McBaina.  O mężu wie niewiele, jedynie to, że jest dosyć majętny i posiada trójkę dzieci z poprzedniego związku, ma sporo ziemi oraz pewne plany na przyszłość.  Jill to kobieta z krwi i kości – piękna i powabna, lecz kiedy trzeba silna i odważna.  Jak każda z głównych postaci filmu ma nieciekawą i niejasną przeszłość (była prostytutką), o której pragnie jak najszybciej zapomnieć.

-  Frank (wybitna rola – jeśli nie najlepsza – Henry Fondy) – Najemnik na usługach magnata kolejowego, niejakiego Mortona (Gabriele Ferzetti).  Płatny morderca, wręcz psychopata, który z zimną krwią morduje nawet dzieci.  Fenomen Fondy polega na tym, że grywał on zwykle praworządnych, nieskazitelnych mężczyzn (Młody Pan Lincoln, Dwunastu gniewnych ludzi) i przyzwyczaił do tego amerykańską publiczność.  Ponoć, w czasie premiery filmu, gdy w trakcie pamiętnej sceny wymordowania rodziny Brett’a McBaina, okazuje się, że mordercą jest Fonda – publiczność z niedowierzaniem krzyczała w kinach: „Jesus Maria, To nasz Henry??”.  Tak czy inaczej, Frank to człowiek bez skrupułów, zimny, twardy drań, którego nie sposób polubić.  Jego jedynym celem jest zdobycie fortuny i władzy.

-  Cheyenne (jak zwykle trzymający poziom Jason Robards) – miejscowy bandyta poszukiwany listem gończym.  Jest to jednak rozbójnik romantyczny, szlachetny, o dobrym sercu – przeciwieństwo Franka.  Początkowo wściekły, że ktoś się pod niego próbuje podszyć, ostatecznie pomaga Harmonijce w walce z ludźmi Franka.

-  Harmonijka (świetnie pasujący do tej roli Charles Bronson)  -  Bohater reprezentujący absolutnie klasyczne Westernowe wartości.  Samotny jeździec, który przybył znikąd (nawiązanie do filmów takich jak Shane).  Jego przeszłość jest pochmurna, wielokrotne retrospekcje uświadamiają widza, że poszukuje mordercy swojego brata – czyli Franka.  Ciąży na nim dług przeklęty, który stara się spłacić pomagając miejscowym w walce z bezwzględnym magnatem kolejowym i armią płatnych zabójców na jego usługach.  Wybitnie szybki rewolwerowiec, który w kulminacyjnej scenie filmu (Leone i Morricone przeszli tam samych siebie) pokona Franka.

                Kolejną rzeczą, o której należy napisać są nawiązania do klasyki.  Otóż Leone kręcił większość filmu w Hiszpanii i we Włoszech, gdzie odpowiednia szata roślinna i jałowe tereny półpustynne w sporym stopniu przypominają te z „Amerykańśkiego Pogranicza”.  Jednak jego fascynacja obrazami Forda była tak ogromna, że specjalnie, wraz z całą ekipą, przenieśli się do Monument Valley w Arizonie, aby nakręcić jedną zaledwie scenę – scenę, w której Jill jedzie wozem na farmę McBaina.  Jest to oczywiście hołd dla Johna Forda i filmów takich jak Poszukiwacze, gdzie Monument Valley (obok Johna Wayna) gra główną rolę.  Dałbym głowę, że motyw jazdy wozem nawiązuje do końcowej sceny z „Jak zdobywano Dziki Zachód”, gdy Lilith Prescott podróżuje wraz z Zebem i jego rodziną pośród malowniczych skał MV.

                Woody Strode i Jack Elam byli w tamtych czasach aktorami z górnej półki.  Pojawiają się w pierwszej scenie filmu (towarzyszy im jeszcze jeden pan, którego nazwiska nie kojarzę) która ewidentnie nawiązuję do „W samo południe” Freda Zinnemana, gdzie trzech zbirów na stacji również oczekiwało przyjazdu pociągu (stacją zawiaduje nawet podobny co tam staruszek).  Każdy widz o zdrowych zmysłach sądzi, że to kluczowe postacie filmu, jednak, gdy z pociągu wysiada Harmonijka wywiązuje się strzelanina, w której owi panowie od razu giną – jest to swoista gra na nerwach widza, którą Leone opanował do perfekcji.

                Synek McBaina strzela do kaczek w charakterystyczny sposób (nawiązanie do synka Starretów w „Shane”).  Prace przy budowie koleii („Jak zdobywano Dziki Zachód” czy „Żelazny koń” Johna Forda).  Próba udaremnienia budowy stacji kolejowej McBaina (nawiązanie do „Johnny Guitar”)  Podczas finałowej strzelaniny wskazówka zegara wskazuje godzinę dwunastą („W samo południe”).  Sama postać Harmonijki to nawiązanie do wcześniejszych filmów Leone („Za garść dolarów”) które z kolei nawiązywały do klasyki Westernu.  Jest tego cała masa i jest to oczywiście świadome.

                Nie będę opisywał fabuły filmu, bo z notki zrobi się opowiadanie – powiem tylko, że jest naprawdę ciekawa.  Dodatkowymi atutami (oprócz pełnej palety nawiązań do klasyki) są: muzyka Morricone, która wspólnie z wyśmienitą pracą kamery nadaje niektórym scenom status „Tańca ze Śmiercią” (Dance Makabre).  Szczególnie sceny, gdzie pojawia się Harmonijka – mimo, iż nie ma w nich wielu dialogów – wprawiają w pewien trans za sprawą motywu melodyjnego (granego zwykle przez samego bohatera na harmonijce).

                Sumując – Sergio Leone wspina się na Mount Everest swoich możliwości i tworzy dzieło wielkie, ponadczasowe i inne niż wszystko, co zostało kiedykolwiek nakręcone.  Udowadnia też samym Amerykanom, że Westernu nie trzeba znać z autopsji żeby czuć i wiedzieć jak za jego pomocą odpowiednio nastroić widza.  Daje też sygnał innym twórcom, że Western nie umarł i nie odchodzi do lamusa – należy tylko spojrzeć na niego z nieco innej strony.  Jest to z pewnością jeden z najważniejszych Westernów w historii (nie uwzględniając podziału na klasykę i nie klasykę) i w ogóle jeden z najlepszych filmów… POLECAM!!


Spaghetti Westerny, Westerny Przejściowe

, , , ,

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 4 listopada 2010. Odpowiedz

    Nic dodać, nic ująć. Wszystkie najważniejsze atuty filmu zostały ujęte w recenzji.

    Pierwsza scena filmu jest mistrzowska – Leone udowodnił, że można zaintrygować widza, pokazując scenę, w której nic się nie dzieje.

    Henry Fonda, któremu już zdarzały się niejednoznaczne, częściowo negatywne, postacie („Fort Apache” i „Dwa złote colty”) to i tak zaskakuje rolą „prawdziwego sukinsyna” w filmie Leone.

    W filmie bardzo dobre są też dialogi, zapamiętałem szczególnie moment, kiedy Fonda mówi: „Nie ufam facetowi, który nosi i pas i szelki – który nie ufa własnym spodniom”.

    Takich aktorów jak Strode i Elam często widziałem na ekranie, ale trudno ich nazwać pierwszoplanowymi gwiazdami kina, gdyż grali głównie w epizodach lub na dalszym planie.

    Z akapitu dotyczącego nawiązań do klasyki wynika, że końcową scenę z „Jak zdobyto Dziki Zachód” reżyserował John Ford, a to raczej Hathaway ją nakręcił – Ford był odpowiedzialny za epizod „Wojna secesyjna”, Hathaway za trzy epizody („Rzeki”, „Równiny” i „Wyjęci spod prawa”), a Marshall reżyserował „Koleje żelazne”.

  • Napisane przez Westerny w dniu 4 listopada 2010. Odpowiedz

    Dziękuję za analizę i komentarz. Zgadzam się co do Stoda i Elama – nieco przesadziłem, ale chciałem podkreślić trik Leone zwiazany z tymi postaciami. Co to Fondy, to szczerze w żadnym filmie nie widziałem go jako tak wyrazistego sukinsyna. Jeśli chodzi o Forda, to chodziło mi głównie o Monument Valley, nie o sam motyw jazdy wozem. Tak czy inaczej dziękuję za wpis :)

  • Napisane przez dziejaszek w dniu 4 listopada 2010. Odpowiedz

    Ciekawostka jest taka, że pierwotnie w roli trzech bandytów czekających na pociąg w pierwszej scenie, Leone chciał obsadzić Clinta Eastwooda, Lee Van Clifa i Eli Wallacha, ale mieli oni już wcześniejsze zobowiązania i niestety nie doszło to do skutku.

  • Napisane przez Westerny w dniu 4 listopada 2010. Odpowiedz

    Faktycznie, czytałem o tym. To byłoby wręcz pokerowe zagranie Leone, który uśmierciłby na początku trzech najważniejszych bohaterów Trylogii Dolara :)

  • Napisane przez Peckinpah w dniu 5 listopada 2010. Odpowiedz

    Ja dodam jeszcze jedną ciekawostkę:

    Obok Strode’a i Elama w scenie na początku wystąpił Al Mulock, który na planie tego filmu (w Hiszpanii) popełnił samobójstwo, skacząc z hotelu.

  • Napisane przez Westerny w dniu 5 listopada 2010. Odpowiedz

    A widzisz, tego to nie wiedziałem :)

  • Napisane przez Fraa w dniu 26 września 2011. Odpowiedz

    Hehe, umieszczenie Lee Van Cleefa w ekipie czekającej na dworcu byłaby jeszcze o tyle przewrotna, że przecież to on czekał na stacji „W samo południe”. :)

    Ja mogę jeszcze tylko dodać, że ponoć Cheyenne miał zagrać Eli Wallach – i cieszę się, że tego nie zrobił. Chyba za bardzo miałabym wrażenie, że to kolejna „dolarowa” część. Przecież Tuco jest postacią tak niesamowitą, że po prostu nie można by o nim zapomnieć oglądając „Pewnego razu…”. A Robards był doskonały w tej roli.

    No i Claudia Cardinale – zazwyczaj jestem wybredna w kwestii postaci kobiecych, ale tutaj to jest coś rewelacyjnego. :)

    Czego mi zabrakło tu u Ciebie (tak, to prawda… można by o tym filmie pisać w nieskończoność…), to jakiejś szerszej wzmianki o samym Mortonie – niesamowita postać. Gościu chory na gruźlicę kości, który ma jedno marzenie i jeden cel… Ten obraz morza – i koniec w kałuży. Jednocześnie Morton (tak jak i kolej w ogóle) reprezentuje nowe czasy i nowy porządek.

    Choć fakt faktem, nie jest to mój najulubieńszy western z Leonowskiego dorobku – tym niemniej jest nieziemski. :)

  • Napisane przez Westerny w dniu 27 września 2011. Odpowiedz

    Dzięki za komentarz. Wiesz, ja staram się nie pisać typowych recenzji, jakie można przeczytać na większości blogów i portali. Próbuję przedstawić w notkach mój własny punkt widzenia i wspomnieć o kluczowych wg mnie sprawach :).
    Pozdrawiam.

  • Napisane przez Fraa w dniu 27 września 2011. Odpowiedz

    Się rozumie, że subiektywnie. :) Po prostu mnie osobiście postać Mortona niesamowicie ruszyła. I w ogóle cała ta kwestia postępu… Wiesz, dla mnie tam jedną z najbardziej zapadających w pamięć scen była ta, w której Jill jedzie do Sweetwater i Sam się zżyma na temat kolei. I rozjeżdża robotników. I ta muzyka. :D

  • Napisane przez Westerny w dniu 28 września 2011. Odpowiedz

    No i nie zapominajmy o Monument Valley w tle (dla tej sceny z wozem, ekipa poleciała kręcić w Stanach :)).
    Masz rację, Morton to bardzo ważna postać, o której powinno się mówić, bo jest w nim sporo symboli. Symbolizuje postęp i nowoczesność, która wraz z żelaznym koniem wdziera się pośród spokojną krainę Zachodu. Mortonowi czas szybko ucieka z powodu trawiącej go choroby. Przez to z jeszcze większą zaciekłością próbuje realizować swoje marzenie o połączeniu koleją wschodniego i zachodniego wybrzeża USA. To skłania go do wynajęcia płatnego mordercy (Franka), który sprawnie usuwa problemy, ciężkie do usunięcia drogą legalną. Frank też symbolizuje postęp, a mianowicie nowy typ bandziora – bezwzględny, wyrachowany, psychopatyczny, zaślepiony wizją zysku i władzy – jest przeciwieństwem romantycznego łotra ze starych czasów, którego uosabia Robards. Fonda gra fajnie, bo widać u niego dużą fascynację Mortonem, jego firmą i stylem życia bogatego przemysłowca. I od początku widać też, że podoba mu się takie życie, i że będzie chciał pozbyć się chorego Mortona, gdy wypełni już swoje zadanie.
    Do tego kolej i miasteczko Clear Water pokazane są u Leone bardzo realistycznie. Wszystko jest w budowie, tory, domy, stacja, wszędzie są jakieś składowiska transportowanych materiałów, a podróżni to zbieranina przeróżnych ludzi. To ma sens, w przeciwieństwie np. do scen z koleją w klasycznych obrazach, jak choćby we wspomnianym przez Ciebie „W samo południe”, gdzie wszystko jest gotowe i spokojne, jakby stało tam od dekad.

Zostaw komentarz

Subskrybuj komentarze




  • RSS