{ksywa}.blog

Wpisy z okresu: 11.2010

Pat Garrett i Billy Kid

26 listopada 2010 o 21:44 :: komentarze

              Kino Peckinpaha to kino niełatwe do zrozumienia z perspektywy czasu.  Z jednej strony znamionuje je specyficzny, niepowtarzalny klimat, świerze, odważne pomysły czy świetna muzyka, ale z drugiej nienajlepsza gra aktorska i montaż, a także bazowanie głównie na rewizji klasyków.  Na początku lat sześćdziesiątych reżyser ten ruszył z krucjatą mającą na celu uratować i uzdrowić umierający gatunek, jakim był Western.  Misja zakończyła się wielkim sukcesem, a sporo twórców poszło w jego ślady sprawiając, że filmy o Dzikim Zachodzie zamiast zniknąć z ekranów kin – ewoluowały.  Peckinpah zapisał się w historii gatunku jako jeden z najważniejszych twórców, ale stał się też męczennikiem własnej krucjaty, a na jego dziełach odcisnęło się piętno niszy, w której przyszło mu tworzyć – a co za tym idzie jego filmy postarzały się szybciej niż filmy twórców, których odświerzał.

                To moje zdanie, utrwalone po obejrzeniu wszystkich najważniejszych jego filmów.  Peckinpah to postać kultowa i ja również tak uważam.  Ale wydaje mi się, że reżyser ten urodził się trochę za późno (eh, co by to było gdyby zaczynał w latach 40-tych J) – a może właśnie dzięki temu stał się legendą?  Żeby dobrze i w miarę obrazowo to wszystko wyjaśnić, opiszę film „Pat Garrett i Billy Kid” („Pat Garrett & Billy the Kid”) choć tak naprawdę powinienem zacząć od filmów wcześniejszych – jak „Strzały o zmierzchu”, „Major Dundee” i przede wszystkim „Dzika banda”.  No, ale i na nie przyjdzie czas…

                „Pat Garrett i Billy Kid” to film, który powstał w 1973r.  Jest to Antywestern, bo opisuje zmierzch Dzikiego Zachodu.  Gdzie starzy bandyci są już szeryfami, bezkresne niegdyś pustkowia, są teraz ogrodzonymi działkami, których pilnują wynajęci przez wielkich hodowców i posiadaczy ziemskich najemnicy.  Miasta się cywilizują, sędziowie ustalają prawo, które spycha bohaterów minionej epoki na coraz większy margines społeczny.  I właśnie takim romantycznym bohaterem jest w mniemaniu Peckinpaha jedna z największych legend Zachodu – Billy Kid, a reżyser w niezwykle spektakularny, klimatyczny sposób przedstawia widzom balladę o nim…

                Historia o Patt’cie Garrecie i Wiliamie H. Bonney’u (prawdziwe imię Kida) to mniej więcej tak wdzięczny i popularny temat Westernów jak konfrontacja braci Earpów i Clantonów (czy jak im tam było).  Niegdyś dwaj przyjaciele, którzy ramię w ramię rabowali pociągi, konwoje i banki, nagle stają po dwóch stronach barykady prawa, a wszyscy wokół zastanawiają się co z tego może wyniknąć.  Reżyser, przedstawiając ich historię, zdaję się zmuszać widza do zadania sobie następujących pytań: czy Garret, noszący gwiazdę szeryfa, to na pewno dobry i praworządny człowiek?  I czy Bonney, ścigany listem gończym, to na pewno człowiek zły i okrutny?  Odpowiedź brzmi – nie.  Podział na dobro i zło zdaje się nie mieć tu żadnej racji bytu.  Bo w świecie przedstawionym liczy się tylko i wyłącznie interes pewnych grup ludzi oraz swój własny, reszta jest tylko sprawą umowną.

                Jak dla mnie to film mocno hipisowski (to u Peckinpaha uwielbiam – niektóre filmy, jak „Konwój” czy „Nędzne psy” zawsze nastawiają mnie buntowniczo do świata), gdzie najważniejszy jest bunt, zerwanie z pewnymi narzucanymi wokół zasadami.  Ma to swoje plusy, ale i minusy.  Do plusów należy zaliczyć przede wszystkim idylliczny, melancholijny klimat, opleciony wybitnymi kompozycjami Boba Dylana (jeśli chodzi o muzykę w Westernach to dorównują mu tylko takie tuzy jak Dymitr Tiomkin, Ennio Morricone czy Bon Jovi w „Young guns”).  Kolejną zaletą filmu jest odwaga reżysera, który mimochodem wplata pewne niuanse do filmu.  Są nimi wszechobecna agresja, którą widzimy na przykład w scenach walki kogutów, czy odstrzeliwaniu kurom głów (podobnie było np. w „Dzikiej bandzie”).  Ale także rewolucja seksualna – kobiety w filmie są obnażane, bite i sypiają z każdym, kto ma siłę lub pieniądze (tutaj Peckinpah ewidentnie polemizuje z Klasykami – głównie z Howardem Hawksem, u którego kobiety były wręcz nietykalne).

                Jeśli chodzi o minusy to wróćmy do Boba Dylana.  Z całym szacunkiem dla jego geniuszu muzycznego oraz urokliwej aparycji, ale aktorem to on był nędznym.  Po prostu nie umiał grać.  Postać Aliasa to postać, której równie dobrze w filmie mogłoby nie być, a i tak nikt by się nie zorientował – po prostu nic nie wnosi do filmu.  Zresztą połowa obsady filmu to podrzędni muzycy Country, których Peckinpah zwerbował wraz z Krisem Kristoffersonem (który notabene gra tu wyśmienicie i jest to chyba najlepsza jego rola w życiu).  Poza Kristoffersonem świetnie zagrali też weterani: James Coburn, który jest bardzo wiarygodny jako Pat Garrett, a także Jason Robards, grający epizodyczną rolę burmistrza.

Sumując.  Sam Peckinpah, jako reżyser niszowy – mocno zbuntowany przeciw uznanym, starym, Hollywoodzkim reżyserom, nie miał lekko, a co za tym idzie nie mógł korzystać z tak wielkich nazwisk i sław, z jakich korzystali Klasycy w swoich czasach.  Tym bardziej powinniśmy doceniać jego filmy, gdyż wyciska on z materiału, którym się posługuje sto dwadzieścia procent możliwości.  W filmie „Pat Garrett i Billy Kid” jak i w pozostałych filmach „Krwawego Sama” jest coś, czego nie ma u żadnego innego reżysera i choćby dlatego warto je oglądać i analizować.  Ja osobiście nie czerpię z Antywesternów tak wielkiej satysfakcji jak z Westernów klasycznych, ale to chyba wina mojego ogólnego umiłowania do klasyki kina – do czasów, gdy aktorzy grali tak, aby widać było, że grają.  Niemniej jest to film kultowy i świetna porcja wrażeń dla każdego, kto lubi mocne, męskie kino.  Oczywiście POLECAM.



Antywesterny, Westerny Przejściowe
, , , , ,

Zobacz więcej...


  • RSS